ON:
„Szpieg” w reżyserii Tomasa Alfredsona to dwugodzinna smakowita podróż po tajnikach wywiadu brytyjskiego. To także rozprawianie się ze zdrajcami, Zimną Wojną i dziurami jakie posiada/ło MI6. Trwający dwie godziny seans pokazuje, że szpiegowskie kino nie musi być wypełnione wybuchami, pościgami i walką wręcz. Wystarczy dobrze poprowadzona historia i intryga, która potrafi przyciągnąć i zainteresować.
O „Szpiegu” słyszałem już dawno. Czekałem jednak na „ten dzień”, w którym przekonam się do seansu i nastąpił on kilka dni temu. W przypadku tego filmu, tak samo jak i w przypadku „Argo”, mamy do czynienia z emocjonalnym znęcaniem się nad widzem. Nie ukrywam, że jest tutaj kilka scen potrafiących przyśpieszyć bicie naszego serca.
George Smiley (Gary Oldman) to typ agenta, który w terenie pojawia się bardzo rzadko, ale to właśnie za biurkiem jest on najniebezpieczniejszym człowiekiem. Jego analityczny umysł potrafi rozłożyć na części pierwsze każdy spisek. Właśnie o takiej analizie, niszczeniu spisków i konspiracji jest ten film. Zaczyna się strzelaniną podczas spotkania agentów, spotkania mającego ujawnić przeciek informacji w „cyrku” – tak potocznie mówi się o agencji. Niestety, w szpiegowskim zawodzie nie ma łatwej gry. Każdy mały błąd jest śmiertelny. Jest to z jednej strony śmierć agenta to tragedia, z drugiej to po prostu kolejny pionek pada na szachownicy. Tylko, że taka śmierć rozpoczyna efekt domina i kolejne osoby zaczynają wpadać w zastawione przez kogoś sidła. Gdy brytyjska korona jest zagrożona i narażona na ataki z zewnątrz, między innymi ataki złych komunistów, nie ma wyproś, ktoś musi się zająć nieprzyjacielem.
Intryga zaszyta w dwie godziny filmu jest bardzo inteligentna i naprawdę wymaga od widza skupienia. Każde nawet najmniejsze odejście od ekranu może zaowocować zgubieniem wątku, wypadniecie z torów.
„Szpieg” nie jest filmem, który jest łatwo opisać. Każdy nawet najmniejszy szczegół ma tutaj znaczenie i jego opisanie może zepsuć całą zabawę. Dlatego dziś bardzo oszczędnie, bez zbędnych akapitów i opisów. Film polecam z czystym sumieniem. Każdy fan szpiegowskiego kina będzie zachwycony.
ONA:
Wyobraźcie sobie kino sensacyjne, thrillerowe, w którym zupełnie nie ma wybuchów, pościgów, w którym trup nie pada co minutę, a widz nie jest non stop bombardowany jakimiś spektakularnymi rzeczami czy efektami. Takim filmem jest „Szpieg” Tomasa Alfredsona, który w mistrzowski sposób przenosi nas kilka dekad wstecz, i który uwodzi klimatem.
George Smiley (fenomenalny Gary Oldman) jest agentem Jej Królewskiej Mości. Może i trochę przypomina księgowego, może i jest bardziej „pracownikiem biurowym” niż aktywnym wywiadowcą, ale z precyzją mistrza potrafi rozpracować wszystko i wszystkich. Metodycznie, wnikliwie, analitycznie rozdrabnia każdą sprawę, by z tych małych części, z drobnych szczególików poprowadzić ją do samego końca. Swojej pracy oddał wszystko, podporządkował jej całe życie, właściwie bez oczekiwań. Teraz, gdy ma za sobą najlepsze lata, gdy zostaje sam, bo żona go opuszcza, gdy całe jego życie wydaje się krążyć wyłącznie wokół dogorywania na kanapie, wraca do gry. Musi ustalić kto w MI6 bawi się w kreta i dostarcza informacji Moskwie.
Pierwsze wrażenie? Gary Oldman i klimat – te dwa elementy odgrywają w „Szpiegu” pierwsze skrzypce. Pozorny spokój miesza się z niepokojem, a widz nie otrzymuje wybuchów, fajerwerków, ale czuje zapach starych dokumentów, upchanych w zakurzonych kartotekach. Pot, dym z papierosa, zapach mocnej kawy i coś, czego nie da się opisać używając przymiotników typowych do określania woni. Czuć myślenie, czuć analizę, czuć buzującą krew, która sprawia, że te wszystkie synapsy w korze mózgowej pracują – ba, one napierdalają! Przygaszone światło, zbliżenia na detale, łączenie poszczególnych punktów w jedną całość. Mmmm… to lubię!
„Szpieg” to zupełnie inne kino, niż to, do którego przyzwyczaiły nas kolejne bondy i bourny. Tam mamy akcję przede wszystkim. Mamy muskularne ciacho, mamy lanie po mordach i wystrzały. Tu mamy starszego faceta, który pracuje zupełnie inaczej, niż jego młodsi koledzy. Jest jak patolog, który ogląda denata milimetr po milimetrze, by w końcu wydać werdykt co go zabiło. Co albo kto… To kino jest cholernie męskie i podejrzewam, że dla wielu kobiet może okazać się zbyt ciężkie i zbyt nudne. Ja pieściłam moje zmysły genialnymi kadrami, zbliżeniami i zdjęciami, ze świetnie dobraną muzyką i tajemnicą, która wciąga. Bardzo polecam. Idealne kino na spokojny wieczór. Bo „Szpieg” tylko pozornie wydaje się smętnym filmem…
