ON:

Film „Jarhead” był nakręcony w niesamowity sposób. Piękne zdjęcia w połączeniu z brutalną historią tworzyły opowieść o samotności podczas wojny. Kilka lat później ktoś wpadł na pomysł, że warto wykorzystać stary tytuł, aby wypromować niesamowicie słaby film, który ze starszym bratem ma wspólną tylko część tytułu.

„Jarhead 2: W polu ognia” to marny film wojenny, który stara się być produkcją wysokobudżetową. Niestety, mało znani aktorzy, którzy starają się nadgonić swoje braki w sztuce, słabe dialogi, bezsensowne sceny batalistyczne to kilka z głównych problemów tego dziełka. Za reżyserię filmu odpowiada Don Michael Paul, który na swoim koncie ma między innymi serial „Renegat”. To taka papka o długowłosym kolesiu, który uciekał przed prawem na swoim Harley’u przez całe Stany Zjednoczone. Jeszcze lepszym jest scenarzysta tegoż tytułu, niejaki Barkeley Anderson, który ma na swoim koncie między innymi „Robokrokodyla”.

„Jarhead” miał coś w sobie, był filmem bardzo podniosłym. Nie było w nim przesadnego patosu. Po prostu śmierć, wojna, strach i strata. Wszystkie elementy były wyważone i dawały naprawdę niesamowitego kopa. „Jarhead 2: W polu ognia” odciął się od poprzednika grubą linią głupoty i bezsensu.

Kapral Chris Merrimette dowodzi oddziałem zaopatrzenia, który dostarcza sprzęt i żywność do oddziałów amerykańskich stacjonujących na terenach wroga. Wszędzie poza bazą kręcą się Talibowie, którzy tylko czekają aby zabić amerykańskich niewiernych. Oddział Chrisa składa się z idealniej, politycznie poprawnej mieszanki wojskowej. Jest kobieta, Meksykanin, Azjata i Afroamerykanin, do tego do oddziału dołączył jeszcze jakiś Talib, który chce z Amerykanami współpracować. Wsiadają do wozów i ruszają swoje dupska do amerykańskich Marines, którzy walczą na całym świecie w imię demokracji.

Szybciej niż się Wam zdaje zaczną się kłopoty tego zespołu. Najpierw natrafią na pułapkę, która mogłaby ich wysadzić na sam księżyc, a następnie napotykają oddział jakiś komandosów, którzy eskortują talibską kobietę. Jest ona niezwykle ważna, bowiem sprzeciwiła się reszcie ciapaków i chcą ją teraz zabić. Dlatego nie ma znaczenia, że mieli inną misję i że żołnierze, którzy czekali na prowiant i amunicje muszą sobie radzić bez tego. Teraz najważniejsza jest ta kobieta. No i zaczyna się papka, strzelanie, głupie sceny, bezsens i brak realizmu. Trochę szkoda, bo tytuł zobowiązywał a jakimś tam stopniu. Ja bym na Waszym miejscu nie oglądał tego filmu.

ONA:

Są takie filmy, które mimo tego, że są świetne, nie powinny mieć kolejnej części. To, że były dobre, nie oznacza, że kolejne też takie będą. Czasami nowa odsłona zaprzepaszcza totalnie to, co działo się w poprzedniku. I dokładnie tak jest w przypadku filmu „Jarhead”, a dokładnie jego drugiej części, bo pierwsza była super!

Codzienność żołnierzy na wojennym froncie to albo spokój i odliczanie do końca tury, albo misja, której celem niby powinno być zlikwidowanie wroga, ale tak naprawdę każdemu zależy na tym, by przeżyć. Taki emocjonalny rollercoaster robi ogromne spustoszenia w umysłach. Kolejna misja, którą ma wykonać grupa bohaterów, wydawała się prosta – mają dostarczyć zaopatrzenie. Problem pojawia się, gdy na drodze znajduje się „coś”. Każde „coś” na terenie zdominowanym przez wroga może zagrażać życiu i zdrowiu. Czekając na wsparcie, żołnierze siedzą na środku pustyni, w pełnym umundurowaniu. Wreszcie któryś postanawia wbrew zakazom sprawdzić to „coś” na własną rękę. Oczyma wyobraźni widziałam już latające bebechy, kończyny, a tu nic. No okej, nie teraz. Wkrótce się zacznie. Pojawia się inna ekipa, której celem jest dostarczenie afgańskiej kobiety, która sprzeciwiła się Talibom, w bezpieczne miejsce. Spokojna, rutynowa wręcz wyprawa staje się wyprawą na ziemie wroga. Nie ma szans, by wrócili w komplecie do bazy.

„Jarhead” ujął mnie przede wszystkim zdjęciami. Sama fabuła również była niezła i bardzo emocjonująca. Niestety, w części drugiej zabrakło wszystkiego. Niby to film wojenny, a przypomina przeciętny obyczaj, w którym niewiele się dzieje, a jak już, to to niestety przypomina średniej jakości produkcję telewizyjną. Fabularnie też nie ma szału. Oklepana historia, wałkowana przy okazji wielu konfliktów, z szalenie utartymi schematami, które mają za zadanie rozbudzić w widzu jakieś uczucia, a ja najpewniej jestem na to odporna.

Wolę myśleć, że to dzieło w ogóle nie powstało. Przeciętność to straszna choroba. Bylejakość bije od tej produkcji, a bazowanie na całkiem fajnym poprzedniku daje nadzieję, że będzie dobrze. Nie, nie jest. Jest marnie. Zmarnowany czas.