ON:
„Polowanie na prezydenta” ma dobry trailer i to właściwie tyle. Film ten jest jednym z tych gniotów, które świetnie sprzedaje kinowa zajawka. Gdy jednak zasiądziemy na wygodnym fotelu i rozpocznie się seans, to wydaje nam się, że ktoś nas zrobił w tak zwanego chuja! Pierwsze minuty nie są w stanie nas przygotować na to, co będzie się działo później i to jest przerażające. Do kina na tego rodzaju filmy możesz iść tylko wtedy, gdy zabierzesz ze sobą swojego 13-letniego syna, który chce być twardzielem, superbohaterem i Dżiajdżoł. O co tyle hałasu? Zobaczcie sami.
Prezydent William Alan Moore (Samuel L. Jackson) leci swoim wypasionym, wielkim samolotem do Finlandii. Niestety, na pokładzie jest kret, który sabotuje lot. Prezydent opuszcza pojazd w niesamowitym, kosmicznym wręcz pojeździe, a za nim wyskakują agenci specjalni. Można powiedzieć, że agenci specjalnej troski, bo żaden nie zajarzył, że coś jest nie tak ze spadochronami. Przypomina mi się dowcip z puentą: „Niemiec wyskoczył na gaśnicy”. Tutaj było podobnie. Okazuje się, że kretem jest szef ochrony. Gdy tylko dochodzi do eksplozji, w USA wszyscy już srają po gaciach. Całe szczęście pojawia się stary wyga, który wie jak działają takie zbiry. Przecież tyle lat pracował jako ich tropiciel. Ciężko jednak kierować operacją, gdy szukana osoba jest wiele tysięcy mil od wybrzeża amerykańskiego.
W między czasie poznamy gówniarza o imieniu Oskari, którego ojciec jest poważanym myśliwym. Dzieciak też chce być taki jak on i sam musi zabić dzika dzidą lub niedźwiedzia nożem, a może łosia łyżką, aby stać się wielkim, wspaniałym twardzielem. Jeśli tego nie dokona, żadna fińska bogini z ich wsi nie da mu nigdy powąchać i posmakować cipki. No kurde, motywacja musi być. Popierdziela więc wypierdek po lesie i natrafia na kapsułę prezydenta USA. Pomaga mu się wydostać z tej konserwy i razem zaczynają podróżować. Na ich trop wpada bardzo szybko główny zły i niedobry jakiś tam oszołom, który chce sobie wypchać prezydenta jak misiaczka i postawić przy kominku. To dla tego debila pracuje szef ochrony.
Jezu, co tutaj się dzieje. Gra aktorska jest na poziomie tej znanej nam z kolejnych odcinków „Klanu”. Głupota i przesada niektórych scen, będzie tematem wielu rozmów przy wódce, a Samuel L. Jackson pewnie otrzyma nominację do Złotej Maliny.
Jeśli nie chcecie stracić prawie dwóch godzin Waszego życia, to lepiej odpuście sobie seans „Polowania na prezydenta”. Szkoda zdrowia!
ONA:
Filmowe rozczarowanie to bardzo złe uczucie. Jako osoba, która ogląda mnóstwo filmów i która zawsze pełna nadziei do nich podchodzi, uważam, że to dokładnie dla ta sama para kaloszy, co rozczarowanie inną osobą, smakiem potrawy w polecanej restauracji, widokiem na morze w hotelu, który okazuje się widokiem na śmietnik. Zawód jest zawsze zły.
Kiedy zobaczyłam trailer do „Polowanie na prezydenta” pomyślałam, że to będzie rewelacyjna rozpierducha, bo przecież Samuel L. Jackson mało kiedy zawodzi. Ale nie tym razem. Tu poległo wszystko: od fabuły, po bohaterów. Jeśli podoba Wam się trailer, to oglądajcie go do porzygu, bo na film szkoda marnować czasu…
Prezydent William Alan Moore (Samuel L. Jackson) rządzi sobie dumnie swoim potężnym krajem. Niestety, podczas jednej ze swoich podróży służbowych ktoś wydaje na niego wyrok. Kilka rakiet leci w kierunku Air Force One. Procedury są ściśle określone: prezydent do kapsuły ratunkowej, a reszta to właściwie róbcie co chcecie. Tam są spadochrony, tam biblie. Ale co się okazuje – otóż prawa ręka prezydenta, Morris jest dwulicową szują, bowiem to on jest współodpowiedzialny za to całe zamieszanie. Odpowiednia ilość zielonych banknotów przyćmiła mu takie wartości jak lojalność i oddanie. Tymczasem w gęstym lesie gdzieś w Finlandii znajduje się prezydent. Z kapsuły pomaga mu się wydostać rezolutny Oskari, który właśnie musi przejść przez próbę męstwa. Tak to już jest: kończąc 13 lat chłopak powinien upolować zwierzynę. Tak zrobił jego ojciec, jego dziad i wszyscy inni mężczyźni. Cóż, Oskari nie „upoluje” jelenia czy innego niedźwiedzia, a głowę państwa! Gówniarz postanawia za wszelką cenę pomóc prezydentowi. Ale po piętach depcze im Morris ze swoją świta – głowa państwa musi zginąć!
Wyobraźcie to sobie: 13-latek, prezydent, Finlandia, las. To nie może się udać! Jeśli to byłby jakiś pastisz, to jeszcze! Ale ta produkcja zrobiona jest naprawdę na serio. Miałam wrażenie, że oglądam jakiś tandetny komiks, a nie film. Tu wszystko jest złe! Aktorzy są beznadziejni, a ten mały, grający Oskariego, to poziom „Młody Anakin Skywalker”. Samuel też szału nie robi, a Ray Stevenson, grający Morrisa, mówi jak typowy lektor z trailerów. Jeśli chodzi o samą historię, to ona była początkowo nawet ciekawa – fajnie zajrzeć za kulisy i zobaczyć jak mogą wyglądać procedury w tak tragicznej sytuacji, jaką jest atak rakietowy na prezydencki samolot. Tylko szkoda, że cała reszta jest tak beznadziejna, tak odrealniona, tak durna i tak bardzo wbrew wszelkim znanym prawom fizycznym i biologicznym, że aż głowa mała. Atak atomowy i ukrycie się w lodówce, który widzieliśmy w jednej z części przygód Indiany Jonesa, miało więcej sensu, niż całe „Polowanie na prezydenta”.
Strzeżcie się! Ten film tylko udaje, że jest fajny. To tak jakby poderwała Was apetyczna blondyna, która po rozebraniu okazała się apetycznym blondynem. Założenie fajne, a potem chuj!
