ON:

Statystyki Raptr (taka apka podliczająca czas spędzony przy konsoli) mówią same za siebie. Ostatnie 2 tygodnie zagrałem łącznie 9 godzin. Dane te są trochę przekłamane, bowiem program zlicza także czas gry w momencie, gdy konsola jest zapauzowana. Mogę więc przespać dwie godzinki, a i tak zostaną mi one dodane do podliczenia. Pomimo tak marnej ilości czasu spędzonego przy X-ie, udało mi się w coś zagrać. Tym razem było to rozdawane praktycznie za darmo (14zł) „Blood Knights”.

Dzieło  zostało stworzone przez studio Deck 13 – taką ekipę, która teraz macza palce w „Lords of the fallen”. W porównaniu do nadchodzącego tytułu, mamy do czynienia z małym, brzydkim potworkiem, którego mało kto pokocha. Ja jednak ukochuję te wszystkie szkaradki, dziwolągi i hydry straszliwe. Oczywiście, kocham także te gry z najwyższej półki, ale nie może być tak, że śmierdzące dzieci będą niechciane i niekochane. Przecież i takie mutanty znajdą swojego wielbiciela. Możliwe, że dlatego wynajduję na allegro wyprzedaże, przeceny i okazje, na których można za 30-40zł kupić kilka gier na X-a, o których nawet twórcy woleliby zapomnieć. Stoją one później na półce i czekają na ten dzień kiedy wrzucam je do czytnika i pozwalam zwiększyć mój Gamescore.

Podobnie jest z „Blood Knights”, które najprościej opisać jako „Dungeon Siege” o wampirach. Mamy tutaj do czynienia z prostą opowieścią, nie silącą się nawet na zbytnią oryginalność, a stawiane przed graczem wybory moralne są raczej mało emocjonujące. Główny bohater – Jeremy, pomyka wraz z wysłannikami kościoła do sanktuarium, w którym znajdą ostateczne lekarstwo na wampirzą zarazę. Niestety, nie wszystko idzie jak powinno, a bohater staje się jednym z tych, których do tej pory zabijał. Po przemianie dołącza do niego niejaka Alysa, która jak przystało na bohaterkę z gry komputerowej, odziana jest w dwa kawałki blachy służące za zbroję. Ta dwójka weźmie na swoje barki losy świata. To tyle w kwestii fabuły. Jak wspomniałem – nie ma w niej nic, czego już byście nie widzieli. Dodatkowo dialogi potraktowano bardzo po macoszemu i widać to na każdym kroku. Jak na RPG-kowego Hack&Slasha jednak czegoś brak.

Sama rozgrywka bardzo przypomina wspomnianego „Dungeon Siege”. Trójwymiarowa plansza usiana wrogami, czasami pułapkami i skrzyniami ze skarbami. Dodatkowo za pokonanych wrogów otrzymujemy doświadczenie, a wraz z rosnącym poziomem rozwijamy swoją postać. Dzięki temu możemy szybciej się poruszać, zadawać mocniejsze ciosy lub otrzymać zniżkę u lokalnego handlarza. Całość wygląda też trochę jak „DS”, tyle że ten pierwszy, może „Dungeon Siege 2”. Nie uniknięto brzydkich kanciastych postaci i stworów oraz tekstur, które czasem sobie po prostu „uciekają”. Dźwiękowo także nie jest wyjątkowo rewelacyjnie. Po prostu jest poprawnie, bez żadnych wyjątkowych efektów.

Pomimo tego wszystkiego spędziłem przy tej grze kilka godzin. Według wewnętrznych statystyk około 5 i dobrze mi się w tego potworka gra. Nie wymaga on ode mnie zbytniej uwagi, ani finezji. Wystarczy, że biegam, zabijam i zbieram, a fabuła prowadzi się sama. Jeśli dodamy do tego cenę oraz dość proste achki, to otrzymamy tytuł idealny jako zapchajdziurę w katalogu gier. Dupy nie urywa, ale można zagrać. Przecież są gorsze tytułu.