ONA:

Za każdym razem, kiedy słyszę z ust nastolatka, że nie może się doczekać tego, by być dorosłym, ogarnia mnie pusty śmiech i zwykle całą swoją frustrację „wylewam” na delikwenta w pogadance. Właściwie, ciężko to nazwać pogadanką, bo ja wyrzucam z siebie słowa, a dzieciak słucha i widzę po jego minie, że chyba zaczyna łapać to, o czym do niego mówię. Dla nich dorosłość to dwie rzeczy: legalność do różnych rzeczy i brak kontroli rodziców. Prycham gdy to słyszę. Mnie „dorosłość” dopadła nagle i od tego czasu bardzo żałuję, że nie mogę wrócić do beztroski gimnazjum. A dlaczego o tym akurat dziś piszę? Z dwóch powodów. Po pierwsze, z braku czasu na cokolwiek, na filmy, które obejrzeć bardzo bym chciała, wzięłam się za pierwsze, lesze „byle co” i właśnie to „byle co” okazało się produkcją, w której dwóch dorosłych facetów musi wrócić do szkolnych ław. Dziś „21 Jump Street”.

Zaczynamy od liceum, do którego chodzą Schmidt (Jonah Hill) i Jenko (Channing Tatum). Ten pierwszy jest niziutkim, puclatym kolesiem, który jest bardzo inteligentny, ale i nieśmiały. Sport i kontakty z dziewczynami wychodzą mu mniej więcej tak samo – czytaj: żałośnie. Natomiast Jenko jest jego zupełnym przeciwieństwem. Przystojny, wysportowany, średnio ogarnięty, ale przy podrywie lasek to aż tak się nie liczy. Oczywiście chłopcy się nienawidzą serdecznie, silniejszy gnębi słabszego i ta sytuacja nie zmienia się przez całe liceum. Po kilku latach panowie spotykają się raz jeszcze – w akademii policyjnej, w której oboje są rekrutami. Tu rozkład sił jest znowu bardzo podobny: Schmidt ma problem z kondycją, ale testy zdane na 100%, natomiast Jenko daje radę wyłącznie podczas sprawnościówki, gorzej z wiedzą… I wtedy, widząc swoje wzajemne braki, panowie postanawiają zacząć działać razem, razem się uczyć, razem wspierać i współpracować. Tak rodzi się dosyć pokraczny duet, który stanie się „postrachem” okolicznych przestępców. Przynajmniej taki jest plan, bo póki co, panowie patrolują okolice na rowerach. I wtedy pojawia się okazja do awansu – są świadkami „usług” narkotykowych.  Cała akcja wychodzi im totalnie marnie, ale od dowódcy dostają zlecenie – mają ponownie wrócić do liceum, wejść w rolę nastolatków i dowiedzieć się kto, jak i gdzie handluje bardzo niebezpiecznym narkotykiem. Schmidt na samą myśl o powrocie do szkoły jest przerażony, za to Jenko jest bardzo pewny siebie – jak przed laty. Tylko ten czas już się skończył, teraz nastolatkom przyświecają inne zasady, coś zupełnie innego ich kręci. To Schmidt okazuje się być gwiazdą, a Jenko zwykłym siłaczem-głupkiem. Czas zacząć przedstawienie!

Ten film, mimo prawie 2 lat, zupełnie przeszedł mi obok nosa, całkowicie niepostrzeżenie. A wczoraj, kiedy weszłam w fazę księżniczki jęczybuły, potrzebowałam jakieś komedii, która będzie lekka, przyjemna i z chamskim humorem. Zarzucono mi propozycję, bym obejrzała właśnie „21 Jump Street” i nie żałuję. Film spełnił moje oczekiwania. Nie należę do osób, które spazmatycznie reagują na takie dialogi i dowcipy, ba – one bardzo mi pasują. Co prawda i J. Hill i C. Tatum po raz kolejny wchodzą w identyczne role, ale nie przeszkadza to zupełnie. Fabuła jest lekka, przewidywalna do granic przyzwoitości, ale jest też całkiem fajny humor i o to mi właśnie chodziło, kiedy leżałam w niedzielną noc w łóżku, wpadając coraz bardziej w deprechę pt. „Poniedziałek”.

ON:

Głupkowate komedie o policjantach, to coś, na czym się wychowałem. „Akademia Policyjna” towarzyszyła mi przez całe młodzieńcze lata. Kolejne części, lepsze lub gorsze, bawiły mnie do łez. Później wiele filmów kultywowało tradycję policyjnego praojca. Dziś będzie o „21 Jump Street”.

Nie jest to komedia wybitna, nie jest chamska, tak bardzo jak „Policja zastępcza” lub „Heat”, ale jest na tyle sympatycznym dziełem, że pozwala na 100 minut oderwać się od codzienności. Historyjka jest prosta. W czasach szkoły średniej, a później koledżu, dwaj kolesie Schmidt i Jenko nie przepadali za sobą. Jeden był typem twardziela, przystojniaka, a drugi gogusiowatego nerda, którego nikt nie lubił. Los chciał, że ich drogi zeszły się jakiś czas później w akademii policyjnej. Pierwsza niechęć została zastąpiona wzajemną tolerancją, a później przyjaźnią.

Niestety, po szkole policyjnej praca służb mundurowych nie jest tak wspaniała, jak się wydawało. Szczyt obowiązków, jaki im przydzielono, to patrolowanie na rowerach okolicznego parku. Tutaj kumple nadziali się na dealerów narkotykowych, którzy handlują nowym, niebezpiecznym narkotykiem. Aresztowanie przebiegło prawie bez zakłóceń, tyle że zatrzymanemu nie przeczytano jego praw, co za tym idzie bardzo szybko został on zwolniony. Schmidt i Jenko lądują na warunkowym. Zostają włączeni do specjalnego programu policyjnego i będą udawać nastolatków. Wszystko ładnie i pięknie tyle, że panowie wyglądają na bardziej wyrośniętych. Jednak po małym liftingu można przyjąć, iż nadadzą się od liceum. Tak zaczyna się ich wewnętrzne śledztwo w sprawie narkotyków. Oczywiście, nie wszystko w idzie jak powinno, amerykańska szkoła jednak jest dziwnym tworem i operacje pod przykrywką dość ciężko utrzymać w tajemnicy.

Film jest śmiechawy, ma kilka naprawdę mocnych scen, ale do szopa rodzącego w Priusie jest mu daleko. Jednakże jak wspomniałem wcześniej, da się go obejrzeć i nie zanudzi, pomimo tego, iż to cholernie przewidywalna historia. Jak by nie patrzeć Jonah Hill to aktor właśnie takich komedyjek, nie wymagam od niego wyjątkowej gry aktorskiej. Poza tym on sam z siebie jest śmiesznym ludkiem, przypomina mi trochę zagubionego, zbitego psiaka. Może dlatego tak dobrze odnajduje się w takich rolach? Kino na jeden raz.