ONA:
Serio. Nie umiałam dopasować „twarzy” do „nazwiska” kiedy padły słowa „Chris Evans”. Miałam ochotę powiedzieć „A Ty kim kurwa jesteś?”, ale obawiałam się, że usłyszę tylko „Jestem reżyserem kina akcji”. A potem się okazało, że Chris Evans to nikt inny, jak Steve Rogers, czyli Kapitan Ameryka. Przyznam szczerze – nie jest to mój ulubieniec z tego uniwersum. On mnie bardziej drażni, niż bawi, bo niestety – moje podejście do świata jest zupełnie inne niż jego. Poza tym, jakoś estetycznie też mi nie siedzi. Biega sobie z t swoją tarczą, ma chyba najbardziej obcisły kostium świata, a jego włosy się nie ruszają. Ale wróćmy do samego Evansa. Nie mam pojęcia w czym on jeszcze grał, więc jak padły magiczne słowa „A widziałaś jego debiut reżyserski?” to coś mnie tknęło.
Obejrzałam bardzo dobry, wzruszający film. Strasznie cynicznie do niego podeszłam, ale skończyło się na obcieraniu łez i przyznam się szczerze – myślę o nim do dziś, a minęło już kilka dni. Bo z tą pieprzoną miłością to wcale nie taka prosta sprawa…
Nick (Ch. Evans) jest facetem na życiowym rozdrożu. Brooke (Alice Eve) jest kobietą na życiowym rozdrożu. Spotykają się zupełnie przypadkowo: ona jest okradziona, w obcym mieście, wieczorem, bez dokumentów, bez pieniędzy, bez telefonu. On – postanawia jej za wszelką cenę pomóc. Z każdym kolejnym krokiem poznają się coraz bardziej. Każde z nich odkrywa te karty, które chce, ale najlepsze jest to, że właśnie chce, że robi to. Coś w nich pęka. Są pocharatani, a my z każdym kolejnym krokiem naszych bohaterów, poznajemy co się stało. Wydawać by się mogło, że pod osłoną nocy więcej jesteś w stanie powiedzieć. Więcej o Tobie wie nieznajomy, niż ten bliski. Więcej możesz przeżyć, poczuć…
„Zanim się rozstaniemy” to film przepełniony emocjami, z którymi bardzo łatwo można się utożsamić. Mimo tego, że dzieło się „snuje”, że nie ma w nim akcji, że jest szalenie spokojne, bardzo mocno obdziera Cię ze skorupy. Historia opowiedziana w nim uderza do żywego. Subtelna, ale piękna. Uśmiechniecie się podczas seansu kilka razy, ale nie ukrywam – można się bardzo wzruszyć. I to wzruszyć z powodu Nicka. Evans porzucił obcisłe wdzianko, zapuścił brodę i pozwolił nam, pozwolił mi wpatrywać się w swoje dobre oblicze, w swoje dobre oczy. Wspaniały obyczaj. Lekki i przyjemny, i ważny.
Polecam, nawet facetom. A może właśnie przede wszystkim facetom?
ON:
Uwielbiam „Między słowami”, które wiele lat temu powołała do życia Sofia Coppola. Zakochany jestem historii, zdjęciach, w Billu Murray’u, który w tym filmie był niesamowity. Do tego bajkowa ścieżka dźwiękowa, senna, jak Tokyo nocą, a jednocześnie pełna energii. Na koniec niesamowite niedopowiedzenie i furtka zostawiona kinomanom, to oni sami mogą zdecydować, jak zakończyła się ta opowieść. Kilka dni temu miałem okazję obejrzeć inne dzieło wyreżyserowane przez Chrisa Evansa. Tak! Kapitan Ameryka wyreżyserował film i jest on niesamowity.
„Zanim się rozstaniemy” to opowieść o dwójce nieznajomych osób, które spotykają się w Nowym Jorku i spędzają razem jedną noc. Nie, że idą do łóżka, tu nie chodzi o sex, ale o odnajdowanie drugiej, bliskiej nam osoby. Mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest to takie „amerykańskie” „Między słowami”.
Ten film rozkręca się bardzo powoli, ale każda kolejna minuta naładowana jest jeszcze większymi emocjami. To, w jaki sposób pokazano kontakt dwójki ludzi, jak się poznają, jak kilka nocnych godzin potrafi wpłynąć na nasze życie, jest niesamowite. Chris Evans oczarowuje, jest nienaganny, jest takim facetem, za którym każda babka skoczyłaby w ogień. Przystojny, szarmancki, gra na trąbce, ma poukładane w głowie. Towarzysząca mu na ekranie Alice Eve nie jest może tak bardzo niesamowita, ale potrafi zauroczyć. Najpierw tajemnicza i przestraszona, a następnie coraz bardziej otwarta i przekonana do swojego towarzysza podróży. Ich wspólna noc odkrywa przed nami kolejne tajemnice z ich życia. To nietypowa podróż po ulicach miasta, które nigdy nie zasypia. Okazuje się, że w chwilach, które są dla nas najgorsze, pojawiają się osoby, które mogą uratować sytuację.
„Zanim się rozstaniemy” to piękna i wzruszająca opowieść z pewnym niedopowiedzeniem, które pozwala nam wybrać zakończenie tego filmu.
