ONA:

Życie w „opozycji społecznej” jest trudne. I wierzcie mi – wiem co mówię. Nie wszyscy tolerują to, że dla Ciebie „ta” książka to opowieść z gatunku sci-fi, że nie chcesz mieć dzieci, a od chlania w dusznym barze wolisz spacer z psem. Że wolisz mieć jednego przyjaciela, ale na całe życie, niż ogromną grupę „znajomków”, bo oni nawet nie zasługują na słowo „znajomi”. Że wolisz sushi od schabowego. Że zarabiasz, rozwijasz się, pracujesz i nie wstydzisz się tego… Każda osoba, która idzie pod prąd, a nie płynie ze społecznie utartymi oczekiwaniami, prędzej czy później zacznie zastanawiać się, czy to jest czegoś warte. Czy mówienie o swoich poglądach, o sukcesach jest zasadne? Czy wchodzenie w dyskusje ma sens? Czy pokazywanie, że można żyć inaczej, w nie wpływa na jakość tego życia, na poziom szczęścia? Gandhi mawiał „Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz.” Bycie na tym ostatnim etapie jest bardzo satysfakcjonujące…

Dlaczego o tym piszę? Bo taka myśl mnie natchnęła podczas oglądania „Czekolady”, filmu, który poza tym, że jest o moim ulubionym słodyczu, mówi o indywidualności w bardzo przyjemnej formie. Wszystko dzieje się kilkanaście lat po WWII w małej mieścinie. Życie w takiej „dziurze” ma swoje plusy i minusy. Okej, jest sielsko, ale z drugiej strony – możesz zapomnieć o odosobnieniu, o intymności, o byciu anonimową jednostką w tłumie. Tu każdy zna każdego. Każda forma „inności” jest tu piętnowana. Trzeba się dostosować, inaczej nie ma tam życia.

A guzik, a właśnie, że można! Vianne Rocher (Juliette Binoche) jest przykładem na to, że najpierw trzeba walczyć o siebie, a potem o cały świat. Bohaterka filmu „Czekolada” zaczęła wszystko od początku w małej mieścinie, do której przyprowadziła się ze swoją córką. Zakłada tam wyjątkowe miejsce – cukiernię, której znakiem rozpoznawczym jest nie tylko cała rzesza smakołyków, ale i atmosfera. Vianne z miejsca „podpada” burmistrzowi, bo reprezentuje inne, niż on, wartości. Rozumiecie? Nie zrobiła nikomu krzywdy, po prostu inaczej patrzy na świat… Ma dziecko, ale nie ma i nigdy nie miała męża. Nie chodzi do kościoła. Ubiera kolorowe buty i sukienki, które delikatnie odsłaniają skórę. Jest życzliwa, pomocna, ale nie jest taka jak pozostałe kobiety z miasteczka. A do tego wszystkiego zaprzyjaźnia się z tymi „wykluczonymi”, odrzuconymi z różnych względów, ot – np. z „piratem”, Rouxem (Johnny Depp).

Nigdy wcześniej nie widziałam tego filmu. Nawet nie wiem dlaczego on nigdy nie wpadł do mojego czytnika. I bardzo żałuję, że odkryłam go dopiero teraz. Jest świetny. Jest idealny na wieczór, po ciężkim dniu, kiedy do szczęścia brakuje Ci tylko spokoju, wyciągniętych nóg, koca i czekolady. Ten film jest aksamitny, ale przy tym wyrazisty. Jest ciepły, otula, wzrusza i porusza. Mimo lekkiej fabuły absolutnie nie jest błahy. Dużo tu rozmaitych emocji, dużo metafor i prędzej czy później każdego dopadnie słodki zapach czekolady, która gra tu pierwsze skrzypce. Bo okazuje się, że przy kubku ciepłego napoju, ludziom jakoś tak bardziej błogo. Potrafią rozmawiać, potrafią się otworzyć, potrafią się zmienić…

Zachwycona jestem bardzo mocno tą produkcją. Jest świetnie zrealizowana – od aktorów, przez świetną fabułę, po takie bzdurki jak muzykę czy kostiumy i scenografię, bo wszystkie te elementy tworzą rozkoszną całość.