ONA:

„Dallas buyers club” to jeden z tych filmów, które mają siłę „wybebeszania” widzów na lewą stronę. Ja z zasady unikam tego typu produkcji, bo nie potrzebuję kolejnego dowodu na to, że świat jest zły, a ludzie to kurwy. A jednak. Mój plan był następujący: włączę to dzieło, obejrzę połowę i pójdę spać. Tymczasem w okolicach 3 rano, kiedy film się skończył, a ja leżałam w łóżku, zostałam sama ze swoimi myślami. I nic nie wymyśliłam. A „Dallas buyers club” to dzieło, które jest ciężkie i smutne, a przy tym bardzo dobre. BARDZO dobre!

Ron Woodroof (Matthew McConaughey) to typowy kowboj z teksańskich ziem. Dupeczki, bronek zagryzany łisakczem i do tego rodeo. Na co dzień pracuje jako elektryk i właśnie podczas rutynowych działań przytrafia się mu wypadek – ot, poraża go prąd. Nasz główny bohater ląduje w szpitalu, gdzie dwójka lekarzy przekazuje mu bardzo smutną nowinę. Otóż Ron ma HIV w bardzo zaawansowanym stadium – wg dr Sevarda pozostało mu około 30 dni życia. Oczywiście kowboj nie wierzy w to co słyszy – on po prostu się nieco gorzej czuje, a przecież HIV dotyka wyłącznie homoseksualistów (Wodroof najwyraźniej zapomniał o pewnej akcji, kiedy to znalazł się idealnie pomiędzy jakąś lalą, a muskularnym kolesiem, jak różowiutka szyneczka ułożona między kromkami chleba – mniam!). Dni uciekają. W końcu Ron postanawia nieco lepiej poznać swoją chorobę, zatem udaje się do czytelni, gdzie wertuje wszystko, co ma w sobie nazwę HIV/AIDS. Pewne fakty zaczynają do niego docierać. I postanawia zrobić wszystko, by zdobyć lek na swoją chorobę. I tak się szczęśliwie składa, że pewna firma farmakologiczna właśnie podała, że jej środek – AZT – wchodzi w fazę badań na ludziach. Ron jest zdesperowany, za wszelką cenę chce go zdobyć. Oczywiście, legalna droga jest totalnie odrealniona, zatem Ron robi to tą drugą stroną – niezbyt dozwoloną. I pewnego dnia, kiedy nie ma już dla niego tabletek, otrzymuje kontakt do meksykańskiego lekarza, który może mu pomóc. A, dodam jeszcze, że jego „data ważności” właśnie wygasła. Doktor, którego zastaje poza granicą, jakiś czas temu stracił licencję. Ale w dość skuteczny sposób wyjaśnił mu na czym polega leczenie AZT i dlaczego jest to ogromny błąd. Zamiast kolejnej śmiercionośnej chemii, zaleca mu zmianę trybu życia oraz witaminy i suplementy, wyciągi z roślin i czyste białko, które pomogą mu utrzymać się przy życiu w całkiem dobrej formie. Zero używek, zero przetworzonego żarcia, spokój, równowaga i jego autorska kuracja, która w Stanach jest zupełnie nielegalna, bowiem nie ma zatwierdzenia przez FDA. Cóż, lepiej truć chorych, ba – umierających, drogim i niszczącym lekiem, niż pójść meksykańską drogą. Ale Ron jest cwany. Postanawia po brzegi zapakować samochód tymi substancjami i zacząć sprzedawać je w Stanach. Popyt jest – duży, AIDS szaleje po całym kontynencie, tylko jak to zrobić, jak to jest średnio legalne, a w świetle prawa kowboj nie różni się zbyt wiele od przeciętnego dilera spod mostu? Wspierany przez poznanego w szpitalu transa – Rayona (Jared Leto) oraz przez przepełnioną nadzieją na dłuższe życie społecznością połączoną literami h, i oraz v, bierze się za handel. Robi to w cwany i kozacki sposób, ale to nie tylko walka o pieniądze – to również walka o życie, która i tak jest skazana na przegraną, ale jest totalnie przepełniona nadzieją, że rano dana osoba otworzy oczy i uda się jej jeszcze raz zobaczyć słońce.

Jeśli chodzi o filmy o takim „zabarwieniu”, była „Filadelfia”, a potem długo, długo nic. Ale wydaje mi się, że to dzieło ma więcej wspólnego ze „Skandalistą Larry’m Flynt’em”. niż z historią sprzed ponad dwóch dekad. Ale „Dallas buyers club” psuje głowę – bardzo. Jest bardzo brutalnie, a przy tym mistrzowsko odegrany, a Matthew McCniechcemisiępisaćjegonazwiska w tej roli zgarnia wszystko. Jego fizyczna przemiana już sprawia, że mamy gęsią skórkę, a dodając do tego ciężar fabuły, otrzymujemy kawał cholernie trudnego filmu. On nawet wizualnie jest „bolesny”. Ale warto go obejrzeć, tylko nie liczcie na to, że da się obok niego przejść obojętnie, w sposób niewzruszony. Próbując streścić go do kilku wyrazów, wyciągając na maksa jego sens powiem, że to film o walce. Bardzo szeroko pojętej walce. O walce skazanej na fiasko, co nie oznacza, że na przegraną.

ON:

„Dallas Buyers Club” był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bowiem to kolejny, wybrany przez Paulę film biograficzny, który jest naprawdę bardzo dobry, no i najważniejsze nie opowiada o brytyjskiej monarchii. Papi kocha czasy królów i księżniczek, bowiem sama jest jedną z nich (mowa o księżniczkach). Wróćmy jednak do opisywanego dziś filmu – warto zatrzymać się na chwikę przy tym dziele, ponieważ jest naprawdę przejmujące.

Poza kilkoma scenami, nie znajdziemy tu dramatyzmu na skalę szekspirowskich sztuk, ale całość jest podana w fenomenalny sposób i jeśli jeszcze na początku seansu podchodziłem do filmy z dystansem, to w późniejszych minutach uczucie to zniknęło.

Dallas, rok 1985, gdzieś tutaj kowboje bawią się w rodeo, dziewczyny bawią się z kowbojami, a zabawy te nie są wyjątkowo bezpieczne. Ujeżdżając byka możesz się połamać, będąc ujeżdżanym możesz złapać HIV. Prawdopodobnie przez przygodni seks Ron Woodroof zaraża się wirusem. Na początku nie zdaje sobie z tego sprawy, po prostu kaszel, szara skóra i osłabienie. Każdemu może się coś takiego przydarzyć, jednak niespodziewany wypadek na budowie sprawia, że mężczyzna ląduje w szpitalu. Tutaj po przeprowadzonych badaniach dowiaduje się, że jest chory, a lekarz daje mu 30 dni życia.

Co byście zrobili wiedząc, że macie 30 dni do końca waszego istnienia? Jedni się upili, inni bzykali na lewo i prawo, jeszcze inni wsiedli w auto i przy 200km/h walnęliby w drzewo. Jednak Ron nie zamierza się poddawać i zaczyna studiować książki i prasę pod kierunkiem zdobycia potencjalnego leku na swoją chorobę. Kasę, jaką ma zaoszczędzoną, zaczyna przeznaczać na kradzione leki, próbną terapię, jaką testuje korporacja farmaceutyczna na losowej grupie chorych. Podawany przez szpital lek nie jest jednak idealny, co więcej – w pewnym momencie staje się dola kuracjusza bolesny i szkodliwy. Gdy jednak dochodzi do sytuacji, w której wysycha źródełko z tabletkami, ratunkiem ma się okazać Meksyk i prowadzący tam testy lekarz. Ron odwiedza doktora, a zza granicy przyjeżdża z dwustoma fiolkami nowych pilsów. Prawo amerykańskie zabrania sprzedaży substancji bez atestów i pierwsza dostawa wisi na włosku, ale wszystko idzie zgodnie z planem i nowe piguły rozchodzą się jak świeże bułeczki. Aby obejść prawo, mężczyzna zakłada klub, w którym miesięczne członkostwo kosztuje 400 dolarów, za te pieniądze masz pewność, że dostaniesz tyle różnego rodzaju dropsów ile tylko dusza zapranie.

W tym czasie Ron poznaje Rayona, transseksualistę jadącego na tym samym wózku co on. Pierwsze spotkania nie należą do najprzyjemniejszych, gdyż Woodroof brzydzi się wszelkiej maści dziwakami i gejami, a do takiej grupy zalicza przebierającego się w damskie łaszki mężczyznę. Jednak wspólne dzielenie niedoli powoduje, iż rodzi się między nimi przyjaźń, specyficzne uczucie. To, co jest między nimi, to substytut miłości i pożądania.

„Dallas Buyers Club” zaczyna zdobywać kolejnych członków, tabletki rozchodzą się tysiącami, a Ron załatwia kolejne dostawy z Izraela, Japonii oraz Holandii. Cały czas lawiruje pomiędzy przepisami, a agenci siedzą mu na tyłku.

Film jest przede wszystkim opowieścią o uporze i dążeniu do celu. 30 dni, jakie dano Ronowi, przerodziło się w 7 lat podczas, których starał się pomagać takim samym osobom jak on, mężczyznom i kobietom, skreślonym przez rząd, którzy nie mieli szans na kurację. Poza tym nie zapominajmy – to jednak były lata 80-te i jeszcze wiele na temat HIV było zagadką. Oczywiście nadal jest to wirus, z którym sobie nie radzimy, ale poczyniono wielkie postępy w walce z tym  żniwiarzem.

Matthew McConaughey, wcielający się w postać Rona Woodroofa, jest przejmujący i łapiący za serce, a wraz z Jaredem Leto, grającym postać Royona, tworzą niezapomnianą, zżartą przez chorobę parę outsiderów. Naprawdę warto poświęcić dwie godziny na ten obraz.