Dan Brown - Początek - recenzja1

Cholera, nie wiem sama co myśleć o nowej książce Dana Browna. Bo z jednej strony – to autor, którego powieści zżerałam – dosłownie. To autor, który pisze totalnie pode mnie, miksując historię z nauką, ze sztuką… Dalej – to autor, który „dał mi” jednego z ulubionych bohaterów filmowych. A potem dzieje się coś… dziwnego.

Dan Brown – Początek – recenzja

Całkiem możliwe, że moje lekkie niezadowolenie związane jest z przepracowaniem – nikt wcześniej nie ostrzegał, że dorosłość jest beznadziejna. Pierwszy raz powieść Browna czytałam na raty. Dosłownie. Może to wina rozkojarzenia…

Ale przysięgam – po raz pierwszy nie buzowała we mnie ciekawość, tylko coś totalnie innego. Ja po prostu miałam ochotę wywrzeszczeć autorowi „Do cholery, ileż razy można pisać o tym samym?!”

Schemat jest oczywiście totalnie taki sam, jak i w poprzednich książkach z Langdonem w roli głównej. Profesor Uniwersytetu Harvarda tym razem grasuje w Hiszpanii. Został zaproszony przez swojego przyjaciela, Edmonda Kirscha na spotkanie, które ma odmienić losy świata i nauki. Kirsch dawniej był studentem Roberta, a teraz jest jednym z najważniejszych „mózgów” świata. Teraz ma podać do publicznej wiadomości informacje o swoim odkryciu, które raz na zawsze odpowiedzą na pytania: „Skąd pochodzimy?” i „Dokąd zmierzamy?”

Niestety, perfekcyjna prezentacja naukowca zostaje przerwana przy pomocy jednego wystrzału z pistoletu.

Robert Langdon w towarzystwie pięknej Ambry Vidal rusza do Barcelony, by odkryć hasło, które pozwoli im jeszcze raz opublikować badanie przyjaciela. Oczywiście po drodze mamy problemy z duchownymi, z monarchami, policją, a głównym bohaterom we wszystkim pomaga tajemniczy… Winston.

I niby wiele się dzieje, jak to u Browna – na różnych płaszczyznach. Wątki się przecinają, tempo jest wartkie, ale cholera, ileż razy można napisać, że już zaraz świat pozna tajemnicę Edmonda!!!!!!! Bo ja miałam wrażenie, że tego typu zdanie przewaliło się przez te 105 rozdziałów regularnie, co kilka stron. Panie Brown, serio nie trzeba w tak nędzny sposób podkręcać atmosfery!

Oczywiście wszystkie książki tego autora pisane są „na jedno kopyto”, ale dokładnie to samo można powiedzieć o kolejnych częściach „Gwiezdnych wojen”. I w sumie co z tego – jeśli całość jest po prostu smaczna, to ja i tak będę zachwycała się do granic przyzwoitości.

I tak, należę do tego grona osób, które „widzą” podczas lektury Langdona z twarzą Toma Hanksa. Ten bohater nie mógł dostać lepszego „odtwórcy”.

Podsumowując: dorosłość ssie. Nowy Brown – nie. Trochę nudzi w kilku momentach, ale to i tak świetna powieść, która porywa. Już przebieram nogami na myśl, że będzie z tego film. Życzyłabym sobie, by Ambrę Vidal grała Gal Gadot.

Tagi: Dan Brown – Początek – recenzja, książki recenzja, recenzje książek, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki