Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

Dead Poets Society

ON:

Nauka w szkołach powinna być prowadzona w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek.” – A. Einstein

W ciągu wielu lat mojej edukacji spotkałem tylko kilku nauczycieli/profesorów, którzy potrafili zainteresować mnie swoim przedmiotem. Często wykraczali poza ramy materiału, aby jeszcze bardziej zaciekawić ucznów. Ich zajęcia były tak interesujące, że często sami szukaliśmy dodatkowej wiedzy w bibliotece, czy Internecie, by na kolejnym wykładzie wykazać się nowo zdobytymi wiadomościami. Niestety, takich osób jest bardzo niewiele. Lata pracy w zawodzie spowodowały, że profesorowie stali się zblazowanymi, sztywnymi i zgorzkniałymi osobami, którym zależy tylko na tym, aby odbębnić swoje godziny. To smutna, szara rzeczywistość.

Problemy współczesnej polskiej, ale nie tylko, edukacji trwają od wielu lat i raczej nic ich nie naprawi. Chciałbym aby szkoła, do jakiej uczęszczałem, była przyjazna uczniom. Nie mówię, że ma dochodzić do patologii, gdzie nastolatek zakłada belfrowi kosz na głowę, ale o programie pozwalającym uczyć samodzielnego myślenia i rozwijania wyobraźni. Nie jest nam potrzebne wkuwanie na pamięć podręczników sprzed 40-50 lat, które są już dawno nieaktualne. Uczmy się rzeczy od osób pochłoniętych pasją. Bardzo ceniłem sobie zajęcia z PR, prowadzone przez pracownika jednej z warszawskich agencji PR-owych. On nie kazał nam czytać opasłych tomiszczy, on przerabiał z nami „kejsy” największych akcji i wpadek z branży. Dzięki temu nie uczyliśmy się regułek, które w przyszłej pracy potrzebne nam były jak rybie ręcznik, a dowiedzieliśmy się co robić, kiedy na naszą firmę klienci wyleją wiadro pomyj. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie z każdym przedmiotem da się to zrobić, ale do jasnej cholery, po co w szkołach siedzą stare 60-cio letnie babsztyle, które chodziły na wykłady z Różą Luksemburg? Dlaczego nie dopuszcza się do głosu młodej, chętnej do pracy kadry, mającej pomysły i chcącej je realizować z młodzieżą? Tego chyba nie wie nikt.

Wczoraj na ekranie naszego telewizora zagościło „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, film poruszający między innymi problem edukacji i jej „pudełkowego podejścia” do nauki. Poza tym, to fantastyczna opowieść o tym, że to, co osiągamy w naszym życiu, zależy od tego jak bardzo „łapiemy dzień” we własne ręce. Obraz z Robinem Williamsem pochodzi z 1989 roku. Nie wiem jak wyglądało wtedy szkolnictwo wyższe w naszym kraju, ale wiem jak wyglądała szkoła podstawowa. Tam na pewno nie było nauczycieli z powołania. Wszyscy siedzieli w pokoju nauczycielskim pili fusiastą kawę, palili „Mocne” lub inne „Klubowe”, a jedyną metoda wychowawczą było targanie za ucho lub walenie linijką po łapach. Jak na lekcji języka polskiego w klasie 4-tej ktoś (powiem brzydko) pierdnął, to wspaniała pani nauczycielka zrobiła publiczną nagonkę i palenie czarownic. No kurde, na 10 letnie dzieciaki? Pozdrowienia dla „ukochanej” pani wychowawczyni klasy 4„c”, głupia babo z pedagogiem nie masz za wiele wspólnego. Myślę, że bardzo dobrze dawałabyś sobie radę jako inkwizytor lub kat w czasach średniowiecznych.

Do czego zmierzam. W filmie Petera Weir’a także mamy do czynienia ze szkołą zamkniętą w szablonie, z którego nie może się wyrwać. Stara kadra używa starych podręczników, pełnych frazesów. Tutaj nie ma mowy o tym, aby młody człowiek myślał samodzielnie. Ma posłusznie wkuwać łacinę, geometrię, historię i sztukę. W końcu to przecież stara, prestiżowa uczelnia, gdzie niesubordynacja karana jest razami. W murach tejże szkoły pojawia się John Keating (Williams). To młody profesor, mający zupełnie inne podejście do literatury, jaką wykłada, niż inni nauczyciele. Jest pasjonatem, jest człowiekiem z misją i w młodych, chłonnych umysłach otwiera drzwi, które według jego kolegów powinny pozostać na zawsze zaryglowane. Otwarty umysł zadaje pytania, ma wątpliwości, a to ciągnie za sobą kłopoty i przysparza problemy. Dyrekcja szkoły nie jest zbytnio zadowolona z tego stanu rzeczy, ale do póki nie dzieje się nic złego, przymyka oko na „odmienny” tryb nauczania. John dość szybko przyciąga do siebie grupkę kilku chłopców, którzy dzięki niemu w inny sposób patrzą na świat. Literatura i poezja przestają być złem koniecznym, a staje się wrotami do wolności myśli i słowa, do wskrzeszenia „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Czym ono jest? To tajne zrzeszenie, w którym uczniowie tej renomowanej uczelni odrywają się od codzienności, tutaj czytają własne wiersze, tu obgadują swoje problemy i fantazje. To ich bezpieczna przystań, pełna wolności i młodzieńczych idei, nie zawsze będą one zrealizowane, ale na pewno będą motorem do niejednego odkrycia. Zgłębiając się w opowieść poznamy kolejnych bohaterów i ich problemy. Okazuje się bowiem, że panowie z dobrych, często bogatych rodzin, także mają swoje utrapienia i są one nieraz dużo gorsze, niż byśmy sobie mogli wyobrazić. Dzięki naukom jakie wynoszą z zajęć profesora Keatinga, młodzi mężczyźni mogą sobie z nimi poradzić albo w łatwiejszy sposób przełknąć porażki. Niestety, nadejdzie dzień, gdy chęć bycia sobą doprowadzi do tragedii.

Dramat Weir’a to klasyczne już dzieło piętnujące szkolnictwo oraz styl wychowania. To także opowieść o łapaniu wiatru w żagle i życia we własne ręce. Ma nam przypomnieć, że możemy przegapić własne szanse, a rodzice muszą wiedzieć, że ich dzieci uczą się dla siebie, a nie dla ich wymyślonych ambicji. „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” zaliczam do klasyków, które koniecznie trzeba zobaczyć.

ONA:

Dziś będę się wybebeszać. Dziś przyznam się dlaczego postanowiłam zostać nauczycielem.

Moim zdaniem, w życiu każdej jednostki nie ma nikogo równie ważnego jak nauczyciel. Niezależnie, czy jest to osoba, która za szkolnym biurkiem odpytuje nas biologii, czy jest to ksiądz, rodzic, dziadek, kolega, pisarz, sportowiec czy ktokolwiek inny. Nauczanie to nie tylko ten proces, który ma miejsce w szkole. Nauczanie to dawanie przykładu, to rozszerzanie horyzontów, to stymulowanie i pokazywanie świata. To odpowiadanie na pytania. To rozwijanie kreatywności, to zabawa i szaleństwo. To opieka i troska. Wszystko od tego się zaczyna. Bez nauczycieli nie istniało by nic. Nie byłoby twórców, lekarzy, prawników, nie byłoby sportowców, inżynierów, nie byłoby odkryć, wynalazków, przeżyć. Dlaczego? Bo zawsze musi być ten ktoś, kto nam pokaże początek. I nie, nie piszę tego jako osoba, która formalnie z zawodu jest nauczycielem.

Potrzebowałam 5 lat studiów, by otrzymać ten zaszczytny tytuł (który obecnie jest wart mniej więcej tyle, co nic) i mniej więcej tygodnia, by poczuć, że faktycznie, jestem nauczycielem. To uczucie, kiedy widzisz kilka młodych osób, które zaczynają być w ciebie wpatrzone jak w boga, jest niesamowite. Uzależnia, nakręca i daje niekończący się zastrzyk energii. Dodam tylko, że nie pracuję w szkolnictwie. Porzuciłam wizję siebie z dziennikiem dosyć szybko, bo mnie po prostu przerażała.

A wszystko zaczęło się w gimnazjum, kiedy polonista, widząc moją blazę nad kolejną nudną lekturą (bo dla mnie, osoby, która łyknęła „Dżumę”, „Mistrza i Małgorzatę”, „Buszującego w zbożu” czy „Ptaśka” zanim skończyła 15 lat, programowe propozycje literackie kipiały bezsensownością i miałkością), kazał mi obejrzeć „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”. Obejrzałam film i… postanowiłam zostać „Kapitanem”. Kiedy mu to powiedziałam, był poruszony. Poza nim w moim życiu pojawiło się wielu innych pedagogów. Ja nie byłam łatwym dzieckiem, ani tym bardziej uczniem. Ale kilkoro z nich potrafiło mnie ułożyć, zainspirować, pobudzić do działania. Kończyłam gimbazę praktycznie ukierunkowana na przyszłość, ale nie rozpowiadałam na prawo i lewo o swoich planach. Przed maturą zdradziłam je przypadkiem biologicy, największej francy w całej szkole, z którą już nie wiem jak to się stało, ale zostałam sam na sam. I ona zadała to sakramentalne dla każdego przyszłego abiturienta pytanie: „A ty co chcesz robić w swoim życiu?”. I ja jej odpowiedziałam: „Chcę uczyć”. Babka siadła na dupie, centralnie. Największa kosa, która zawsze miała coś do powiedzenia, która potrafiła zbesztać ucznia za pomocą zdania pojedynczego lub za pomocą wzroku – została bez słowa. A potem powiedziała i zrobiła coś, co jest nawet do teraz ciężkie do uwierzenia. Objęła mnie ramieniem, pokiwała znacząco głową i powiedziała: „Tak, ty powinnaś uczyć”. Po pierwszym roku studiów miałam ochotę pieprznąć tym wszystkim w pizdu i wyjechać w Bieszczady. Ale dotrwałam do końca właściwie też dzięki kolejnemu nauczycielowi. „Pani doktor, ja już nie mogę, nie ogarniam, nie chcę, nie dam rady” – jęczałam w jej kamerliku, kiedy po raz kolejny musiałam zderzyć się z systemem. A ona na to: „Ty nie dasz? Właśnie ty musisz dać! Musisz im pokazać!” I tadam: oto przed wami nauczyciel.

Nie uczę w „systemie”. Uczę czegoś o wiele lepszego i bardziej satysfakcjonującego. I wiecie co? Jestem w tym dobra. Bez zbędnej krępacji, ckliwości i skromności. Nie wzoruję się na nikim. Szukam w ludziach tych najlepszych cech i potem staram się je przełożyć do mojego zawodowego świata. Ciągle się uczę i ten proces nigdy się nie zakończy. A wszystko przez „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”…

To nie jest lekka historia. Nie jest błaha, nie jest typowa. W pewnej prestiżowej szkole, której głównym zadaniem jest wypranie indywidualizmu kolejnego pokolenia (zgodnie z przyjętymi zasadami: Tradycja, Honor, Dyscyplina i Doskonałość), pojawia się nietypowy nauczyciel – John Keating (w filmowej adaptacji: genialny Robin Williams). Sam był absolwentem tej szkoły i aktualnie uczy w niej literatury. Jego lekcje nie są typowe. On za wszelką cenę chce w swoich uczniach obudzić chęć życia, chodzenia pod prąd, budowania własnego ja, które składa się z wybranych indywidualnie cech. Był pełen pasji, którą zarażał swoich uczniów. Budził w nich odwagę i kreatywność. Dawał im pole do popisu, co było wręcz nierealne i niewskazane w tamtych czasach. Chciał, by brali oni swoje życie za barki, a nie płynęli zgodnie z określonym i wybranym dla nich nurtem. Wyrywał ich z konserwatywnego konwenansu, chciał im pokazać inną drogę ku dorosłości. Robił to pięknie, za pomocą poezji i jej twórców. Jego monologi doprowadzają mnie do dziś do gęsiej skórki – tak silnie są naładowane emocjami. Keating uczył ich nie tylko literatury, ale życia. Był ich przewodnikiem po nadchodzącej dorosłości. I był w tym dobry. Ale czym byłby dramat bez… dramatu! Trzy czwarte tej historii to przeciętny obyczaj o młodości i dojrzewaniu, o wzorcach i afirmacji życia. Nie neguję jej w żaden sposób – jest piękna i inspirująca. Ale dopiero pod koniec zaczyna się jej prawdziwy charakter. Uczniowie Keatinga zgodnie z jego sugestiami, zaczynają żyć, realizować się i swoje marzenia, przeciwstawiać się autorytarności. Jeden z nich bardzo mocno wziął sobie do serca to, że może i powinien iść swoją drogą, a nie ścieżką, która została mu wytoczona przez wszystkich dookoła. Znalazł coś, co daje mu szczęście i satysfakcję. I okazało się, że faktycznie, jest w tym dobry. Jeśli ktoś robi coś z potrzeby, z pełnym zaangażowaniem, to musi być dobrze. Niestety, jego pasja została mu brutalnie odebrana. Tragedia wisi na włosku… Historia kończy się wzruszająco i smutnie. Na tym polega jej wybitność.

Film jest perfekcyjny. Williams gra wybitnie, wciąga i porywa nawet widzów, którzy siedzą przed ekranem i słuchając jego słów, zaczynają zastanawiać się mimochodem nad sobą. Młodzi aktorzy w rolach uczniów, a szczególnie Robert Sean Leonard i Ethan Hawke są przejmujący w swej niewinności, ale coraz bardziej charakterni, po wpływach profesora. Zaczynają „chwytać dzień”, zaczynają żyć. Film wzrusza, porusza, daje do myślenia. Finał jest spektakularny w bardzo dramatycznym znaczeniu.

Mi ta historia bardzo skutecznie popsuła głowę. Nie sposób przejść obok niej obojętnie, nie sposób jej nie znać.