Guardians of Galaxy vol.2 - recenzja

Coś, na przestrzeni ostatnich lat, mocno popieprzyło się w mojej głowie. Stałam się osobą, która czeka z wypiekami na twarzy i motylkami w brzuszku, na kolejne części superbohaterskiego kina, którego 10 lat temu nienawidziłam szczerze. No, z jednej strony dorosłam, a z drugiej obudził się we mnie nastoletni chłopiec, któremu frajdę sprawia zbieranie figurek Funko i pojazdów ze Star Wars.

Guardians of Galaxy vol.2 – recenzja

Te trzy lata temu, gdy byłam w kinie na „Guardians of Galaxy”, to mało wiedziałam z czym to się je. Kim są bohaterowie, kogo spotkają… Chris Pratt mocno skupiał moją uwagę, szczególnie w jednej z pierwszych scen, w której z gracją sprężyny gibał się i śpiewał do zwierzaka, który przypominał szczuro-coś. Potem pojawiła się Gomora, Drax, zadziorny Rocket i uroczy Groot, z ewidentnymi zaburzeniami mowy. Przepadłam i zachwyciłam się. Ujął mnie przede wszystkim humor i muzyka – tak totalnie MOJA! Czekałam, no czekałam na część drugą!

Obejrzałam wczoraj. I właściwie nadal wszystko jest super, tylko…

Peter Quill i jego banda nadal kontynuują „zabawy” w kosmosie. Ich sukces z części pierwszej okazał się dobrym chwytem marketingowym, więc znowu coś tam ochraniają. Między nim a Gomorą iskrzy. Mały Groot jest tak uroczy, że nawet we mnie obudził się jakiś tam instynkt macierzyński. Drax jak zwykle jest sympatyczny jak kamienie na nerkach, a Rocket ma wszystko w swoim szopim dupsku. Pojawia się teraz także Nebula – siostra Gomory. Cóż, dziewczyny raczej za sobą nie przepadają. Ale to wszystko nic! Pojawia się także Ego (Kurt Russel). A pan Ego to nikt inny, jak tatuś naszego głównego bohatera! I proszę się tu nie spinać o spoiler, to było pewne od chwili, w której się pojawił po raz pierwszy.

Peter układa sobie więc w całość swoją historię. Coraz większy w tym wszystkim sens. Tylko, że po drodze wypieprzy się wiele rzeczy. Ci, który niby byli złymi, wcale złymi nie są. Te zawirowania między bohaterami sprawiają, że mamy do czynienia ze świetną space operą, ale niestety – dla mnie gorszą, niż część pierwsza.

Oczywiście, nie ma się co zniechęcać, to nadal świetna rozrywka, tylko trochę odgrzana. Trochę mnie akcja nużyła, a muzyka nie porywała tak bardzo, jak w części pierwszej. Natomiast niewątpliwie gwiazdą jest tu mały Groot, który jest totalnym słodziakiem.

I tak, trochę płakłam, ale już tak mam.

Na minus: trochę oklepany schemat scenariusza. Żarty naciągane. Muzyka słabsza. Ale to nadal „Strażnicy Galaktyki”! Więc i tak – warto obejrzeć!

Tagi: Guardians of Galaxy vol.2 – recenzja, recenzja, marudzenie, filmy, blog recenzencki, blog popkulturowy