Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA SERIALE

Lucyfer – serial – recenzja

Lucyfer - serial - recenzja1

Matki i ojcowie – pilnujcie córek – Lucyfer, książę Piekła, wyszedł z swojego ciepłego kurwidołka i pojawił się na ziemi. Ma ciało boga, bystrość Sherlocka Holmes’a, inteligencję (i mrówki w gaciach) jak Hank Moody. Yup, trudno obok niego przejść obojętnie.

Lucyfer – serial – recenzja

Ja sama nie potrafię w to uwierzyć, ale obejrzałam kolejny serial. I w sumie jestem zadowolona, zaspokojona (khehe), chociaż mam kilka „ale”. Jednak, bez absolutnie żadnego wątpienia – „Lucyfer” to bardzo ciekawa produkcja. Serio – gdyby Sherlock i Hank mogli połączyć się w jedną postać, byłby to Lucyfer.

Neil Gaiman – człowiek niezwykle uzdolniony, tworzy postać Lucyfera na potrzeby pewnego komiksu. Komiks wydaje DC i finalnie ukazuje się aż 75 zeszytów o przygodach Lucka, który postanawia porzucić piekło i zamieszkać w Los Angeles. Tam staje się przystojnym jegomościem, który prowadzi klub nocny – Lux, żyje sobie na bogato, jest nonszalancki i uwodzicielski. Na ziemię wraca ze swoim „sprzymierzeńcem” w postaci przepięknej i niebezpiecznej Mazikeen. No i zaczyna się zabawa.

W serialu rolę Lucyfera, pieszczotliwie nazywanego „Lucy”, dostał Tom Ellis. Absolutnie nie kojarzyłam jego twarzy z żadną inną rolą, to na plus. Wygląda dobrze, ma to „coś” w oczach, ma też świetny, walijski akcent i zaraźliwą pewność siebie. Bardzo dobrze dobrany aktor po rolę – wiesz to od pierwszych, po ostatnie chwile, szczególnie, że w trakcie serialu, Lucy ewoluuje.

Z innych, kapitalnie dobranych postaci do aktorów, wybrałabym Lesley-Ann Brandt jako Maze i Rachel Harris jako dr Lindę Martin – terapeutką naszego… diabełka. A może aniołka?

No dobra, więc jeszcze raz: Lucy pojawia się z Maze na ziemi. Ma klub, żyje pełnią życia. Jego drogi krzyżują się z LAPD, a dokładnie mówiąc, z panią detektyw – Chloe Decker. Lucy próbuje ją rozpracować, bo ma takie umiejętności, ale dziewczyna stawia opór. I całkiem długo udaje się jej utrzymać majtki na poziomie bioder. To naszego bohatera bardzo drażni. Lucy i Chloe zaczynają ze sobą współpracować. Dla niego to frajda, a ona również z tego układu korzysta, bo mając przy sobie boskiego ulubieńca, można sporo zdziałać. Oczywiście, między nimi zaczyna „coś” się dziać, chociaż początkowo przypomina to bardzo „gimnazjalne” zaloty. On by chciał, ale tak bardziej jako zdobycie celu, a ona… no jak typowa baba. Plus w sumie ma męża.

I teraz tak: serial jest świetny, ma rewelacyjną fabułę, a ta trójka wyróżnionych przeze mnie bohaterów, to istne petardy, nakręcające wszystko. Niestety, coś, co mnie żre od środka, to lekka tandeta, z jaką wykonano „efekty” w tym dziele. Coś jakby robili to stażyści. Tylko gorzej. Druga rzecz, to niestety drugi sezon – dużo gorszy, słabszy, nudniejszy, z kilkoma wyjątkami, ale nadal. Pierwszy sezon prawdziwie zachwyca, drugi nudzi AF, ale niedługo pojawi się trzeci, więc już przebieram nóżkami. Z nadzieją, że będzie spoko! Trzecim minusem dla mnie jest rozwlekanie pewnych spraw i trochę niepotrzebne gromadzenie wątków.

Jednak i tak polecam, szczególnie na jesienne wieczory. Jest ciekawie, dowcipnie, można się wciągnąć.

Tagi: Lucyfer – serial – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów