ONA:

Quentin Tarantino to mój ulubiony reżyser. Nie ma drugiego takiego czuba, który staje za kamerą i za każdym razem tworzy historie, które mogę oglądać bez końca. Jakby mnie ktoś zapytał o filmy mojego dzieciństwa, to mam dwa i nie wiem czy warto się tymi tytułami chwalić, ale już raczej moim stwórcom prawa rodzicielskie nie zostaną odebrane, zatem bez skrupułów: „Show Girls” i „Pulp Fiction”.

Zanim rozpiszę się o „Django”, najpierw wychwalę pod niebiosa szanownego pana Reżysera, którego kocham totalnie. On by mógł nakręcić reklamówkę podpasek, kiełbasy, żarcia dla rybek – a ja i tak bym się tym zachwycała. Bezceremonialnie rozwala każdym swoim nowym filmem. Bez mrugnięcia okiem oglądam każdą produkcję. Moim zdaniem on nie ma słabych filmów. Ba, śmiem twierdzić, że są one dopracowane do granic przyzwoitości. On nie jest zbyt płodnym reżyserem. Zwykle kolejne filmy dzieli kilkuletnia przerwa, ale jak wraca – to szturmem bierze kina. Jest geniuszem, wizjonerem, ma w dupie konwenanse i konwencje. To twórca, który od dzieciństwa fascynował się kinem (jak sam wielokrotnie podkreślał: „I never went to film school. I went to films”) i którego wiedza i umiejętności wynikają przede wszystkim z otwartego umysłu, a nie wiedzy, pozyskiwanej w szkołach (to typ „polski”). On sam mówił, że jest wielbicielem gatunków: „wszystkiego, od spaghetti westernów, po filmy o samurajach”. Więc trudno się dziwić, że po kolei zalicza kolejny typ filmów. I nie ważne, czy główny bohater jest czarnoskórym facetem walczącym o wolność swoją i swojej żony, czy jest to biała kobieta, która macha mieczem i mówi do własnego palca. Tarantino dopieszcza scenariusze, buduje w nich historie tak dziwne i jednocześnie tak prawdziwie przypuszczalne, że głowa boli. Kocham to. Kocham jak bawi się tym. Kocham, jak zaskakuje, jak wbija mnie w fotel, jak rozśmiesza. Uwielbiam jego niepoprawność polityczną, a jego styl, wypełniony spektakularnymi sposobami odbierania życia kolejnym istnieniom, sprawia, że się ślinię jak Nicholson w „One Flew Over the Cuckoo’s Nest”. Niektóre osoby chodzą na pielgrzymki. Celebrują te wydarzenia, przygotowują się do nich. Ja tak mam z kinem Tarantino. Kiedy tylko pojawia się news, że ruszają przygotowania do produkcji albo, że już jest w kinie, to ja z gęsią skórką kupuję bilet i chłonę wszystko to, co widzą moje oczy. I nigdy, NIGDY nie żałuję. I wiecie, za co jeszcze go uwielbiam? Za wybór muzyki, za cudowne zdjęcia i typowy tylko dla niego sposób doboru aktorów. Często bierze tych starych, nieco zapomnianych, przykrytych grubą warstwą kurzu. Kapitalny zabieg. Często również odnajduje w czeluściach biur menadżerskich tych innych, którzy z racji wieku, aparycji, cokolwiek, nie powinni liczyć na główne role. A tu bam: Tarantino bierze takich i odmienia ich życie na zawsze. On lubi także wyciągać aktorów z kleszczy filmu, dzięki któremu ktoś tam stał się znany, ale zwykle wszyscy kojarzą go wyłącznie z dochodowej krowy.

Napisałam ponad 400 wyrazów o reżyserze, nie tykając nawet filmu. Ale co na to poradzę, że Quentin to mój numer jeden…

„Django” – ostatnia produkcja. Tym razem pan Reżyser zabiera nas w podróż do przeszłości. Do wojny Północ-Południe brakuje nam dwóch lat. Niektóre z amerykańskich stanów są cywilizowane i rozumiejące, że człowiek to człowiek, ale niektóre jeszcze ciągle bawią się w niewolnictwo. My akurat w nich jesteśmy. Poznajemy zatem dwóch panów: tytułowego bohatera – Django, czyli czarnoskórego mężczyznę, który traktowany jest jako kombajn do zbierania bawełny (czy coś) i doktora Kinga Schultza, który pod przykrywką spokojnego dentysty-gaduły, jest urodzonym mordercą, ale w słusznej sprawie. Pan Schultz jeździ sobie po kraju ze swoim wozem, na dachu którego giba się ząb i oficjalnie przedstawia się jako lekarz, ale de facto jest łowcą nagród. Tropi uciekiniera, za głowę którego wyznaczono ładną sumkę pieniędzy, po czym pakuje mu odrobinę metalu w głowę, serce, czy inne części ciała, zgarnia kasiurę i jedzie dalej. Co tych dwóch panów połączy? Otóż dr Schultz chce upolować kolejną nagrodę, a Django ma pomóc w identyfikacji kolesi. Jako, że King reprezentuje ludzi z Północnych stanów, którzy brzydzą się niewolnictwem i wykorzystywaniem innych, traktuje Django tak, jak go nikt jeszcze nie traktował. Ratuje go, daje mu wolność, ubiór, konia i proponuje, by razem założyli „spółkę”. Uczy go fachu, a Django okazuje się być bardzo dobrym uczniem. Dodatkowo Schultz obiecuje pomóc mu odzyskać żonę, która na niewolniczym targu została sprzedana wprost w łapy Calvina Candie (Leonardo Di Caprio)…

Czy ten film jest rewelacyjny? Tak!

Czy aktorzy zagrali w urywający dupy sposób? Tak!

Czy po raz kolejny mamy kapitalną muzykę, która w niczym nie przypomina typowych soundtracków? Tak!

Historia jest przegenialna. Jest jednocześnie tak niepoprawna politycznie, jak tylko się da, z różne wariacje na temat wyrazu „nigger” psują głowę, ale dzięki temu mamy spojrzenie na to, jak faktycznie ciężko było żyć w tamtych czasach. Po raz kolejny Tarantino nie ciaćka się z ckliwymi historiami, a romantyczne uniesienia wypełnia bebechami i krwią. Oj tak, kocham to!

„Django” to kolejna OBOWIĄZKOWA pozycja ze stajni pana T.

ON:

Jeśli ktoś z was nie widział nigdy „Pulp Fiction”, to niech się do tego nie przyznaje. Wszyscy, którzy mieli okazję zapoznać się z tym dziełem Quentina Tarantino albo pokochali jego kino (jestem jednym z nich), albo nie wywarło na nich wrażenia. Znam kilka takich osób. Nie jest też tak, że śledzę każdy ruch reżysera, oj nie. Po prostu jego dzieła mają taką siłę, że same wpadają gdzieś pod rękę i powodują, że chce się je oglądać. Przynajmniej ja tak mam. No i właśnie tak się stało z „Django”. Cisza, cisza, cisza… a później 5 nominacji do Oscara.

Jak już się domyślacie – będzie o „Django”. Najpierw napisze jaki ten film nie jest. Na pewno nie jest krótki, bo trawa prawie trzy godziny. Nie będzie też lekkim i przyjemnym obrazem dla ludzi o wrażliwych żołądkach. Wiadomo – Tarantino lubuje się w brutalnych scenach, w których litry krwi tryskają po ścianach. To nie proste kino mimo, iż historia wydaje się banalna. Nie będzie to także typowy western, tak jak „Afro Samurai” nie okazał się typowym kinem samurajskim.

W mojej bardzo subiektywnej opinii najnowsze dzieło Quentina jest najprościej mówiąc „The Kill Bill” tyle, że na Dzikim Zachodzie. W obu filmach znajdziemy wiele bardzo podobnych elementów, które są tak patologicznie charakterystyczne w kinie Tarantino. Postać siwowłosego mentora z obrazu z Umą Thurman zastępuje Dr King Schultz. Obie opowieści łączy element drogi oraz zepsutego złego, z którym przyjdzie walczyć głównemu bohaterowi.

Ok, ale o czym jest “Django”? To historia czarnoskórego niewolnika o takim imieniu, który został wykupiony podczas nocnej „transakcji” przez dentystę, dr Schultza. Czegoż to lekarz od zębów potrzebuje od czarnoskórego niewolnika, dowiemy się za chwil kilka. Okazuje się, że wyrywanie kłów jest mało opłacalne i bardziej intratnym zawodem jest łapanie i zabijanie bandytów. W ten sposób „zębowy wróżek” stał się „łowcą nagród”. Ponieważ ma złapać trójkę braci, których na oczy nigdy nie widział, potrzeba mu osoby, która choć raz miała z nimi styczność. Stanęło na Django, ponieważ miał on z nimi do czynienia wiele razy, bowiem byli nadzorcami na plantacji, gdzie pracował jako niewolnik. Tak oto dwójka mężczyzn zaczyna wspólną podróż przez Stany Zjednoczone Ameryki. Doktor nie uznaje instytucji niewolnictwa, ale bojąc się, że Django da nogę, zawiera z nim umowę. Pomożesz znaleźć mi przestępców, a będziesz wolny.  Z biegiem czasu ona ewoluuje i zmienia się w partnerską więź pomiędzy łowcami nagród. Tak Django zaczyna zabijać bandytów za kasę. Jak sam mówi „Zabijać białych i dostawać za to pieniądze? Dlaczego nie.” Dla ciemnoskórego mężczyzny oferta, jaką zaproponował mu dokto,r jest gwiazdką pozwalająca mu zrealizować jego marzenie, jakim jest odnalezienie jego żony – Broomhildy. Dziewczyna została sprzedana na plantację pana Calvina Candiego, znanego z zamiłowania do walk niewolników. Aby dotrzeć w to miejsce i móc wyrwać ją z rąk tego człowieka, potrzeba bardzo sprytnego planu, który jest tak szalony, że ma szansę wypalić.

“Django” okazał się filmem bardzo dobrym, nie rewelacyjnym, ale i tak bardzo dobrym i zapewniającym prawie trzy godziny emocji. Christoph Waltz naprawdę świetnie zagrał dr Kinga Schultza, Di Caprio był wręcz przerażająco demoniczny. Już kiedyś powiedziałem, że im starszy jest ten aktor, tym lepsze gra role. Czy warto iść do kina na „Django”? Na pewno każdy fan Tarantina powinien go zobaczyć, bo to kolejny, mimo, że o podobnej budowie, to jednak inny niż wszystkie filmy – obraz. Warto.