ON:

Jestem fanatycznym graczem i naprawdę nawet najgorsze tytuły odpalam na naszej konsoli. Czasem tylko po to, aby załapać kolejne achki, czasem dla przekonania się, że jednak są słabe gry na rynku. Nie są mi obce takie „perełki” jak „Bullet witch”, „Małpy w kosmosie” i inne crapy, które powodują, że masz ochotę wydłubać se oko. Tyle, że odpalając takie gry przygotowany jestem na przeżycie przypominające kąpiel w klozecie. Wiem czego się spodziewać i nawet czasem miło się zaskoczę, bo grając otrzymam więcej niż się spodziewałem. Innych rzeczy oczekuje od pełnoprawnych produkcji AAA i AAA+. Takim tytułem miał być „Fable 2”.

Pierwszy „Fable” pojawił się na PC i starym Xboxie. Pamiętam do tej pory tą naprawdę nowatorską, jak na tamte czasy, grę. Praktycznie otwarty świat, możliwość wyborów i interakcji z NPC-ami, pełna dowolność itd. Oczywiście, wszystko to było ułudą, ale wydawało nam się, że tak naprawdę jest. Po pewnym czasie ojciec tegoż dzieła – Peter Molyneux, zapowiedział wspaniałą, genialną, wprost jedyną w rodzaju kontynuację, czyli „Fable2”. Ten tytuł to encyklopedyczny przykład świetnie sprzedanego przez marketingowców i prasę kawałka łajna, zapakowany w błyszczący papierek. Łajna, które chcą mieć wszyscy. Poniżej podaje kilka powodów dla których w „Fable 2” nie należy grać. Kolejność przpadkowa.

Twoim towarzyszem podróży jest wspaniały pies. Będzie pomagał Ci on w walce, znajdował skarby i robił sztuczki, jakie pomogą rozwiązać zagadki.

Jest to bullshit jakich mało. Rola psa ogranicza się do kręcenia się pod naszymi nogami i przeszkadzania. Oczywiście, zdarzy się, że nasz „kumpel” wynajdzie coś pod ziemią, ale przeważnie jak by tego nie zrobił, to nie popchnęlibyśmy naszej przygody do przodu. Równie dobrze moglibyśmy mieć upośledzonego osła. Jeśli chcecie psa, kupcie sobie prawdziwego i wyjdźcie z nim na spacer, a nie grajcie w F2.

Mamy do czynienia z ogromnym, otwartym światem.

No niestety, nie do końca. Po pierwsze: świat otwiera się wraz z naszymi postępami w grze, co za tym idzie część lokacji nie jest dostępna na początku gry. Poza tym możemy poruszać się po ściśle ustalonych przez twórców ścieżkach. Dodatkowo nasz bohater to sparaliżowana kaleka jakich mało i nie może przeskoczyć murku sięgającego do kolan. Do każdego zadania prowadzi nas złota, migająca nitka, bo bez niej pewnie byśmy się zgubili. Związane to jest chyba z kolejną cechą gry…

Dowolność wykonywania zadań, nasze czyny mają wpływ na naszą przyszłość.

Ta gra nie ma scenariusza, poważnie. Niby pojawia się jakieś główne zadanie, ale tak naprawdę twórcom lata koło kakaowego oka czy je kiedykolwiek zrobimy. Nam też może to latać, bo jeśli się zepniemy, to ogarniemy to główne zadanie w 3-4 godziny. Później pozostaje nam robienie bezsensownie głupich zadań pobocznych. Należą do nich: znalezienie dziewczyny dla chłopa, przegonienie upiora z zamku, znalezienie klucza i wiele innych typu przyjdź, przynieś i pozamiataj. Nasze czyny nie mają wpływu na to jak będą nas odbierać inni. Możesz wyrżnąć całą wioskę, być totalnie zły, a wystarczy kilka datków w świątyni, kilka głupich gestów do wieśniaków i już wszyscy cię znów kochają.

Ekwipunek jest prosty i przyjazny dla gracza.

Tak, a temu kto go wymyślił żona powinna się zesrać w łóżku. To tyle w ramach prostego i przyjaznego ekwipunku.

Interakcja z NPC-ami jest konieczna do zakończenia gry.

Jeśli ma się na myśli zabijanie bandytów, to jak najbardziej. W innym przypadku, poza kilkoma rozmowami, nie potrzebujesz nic od tych śmiesznych ludzików.

Gra przyniesie godziny zabawy.

Tak, 4 z wątku głównego. Jeśli grasz na Xboxie to przygotuj się na głupie calakowanie, zbieranie kluczy, gargulców, naukę wszystkich gestów i wielu innych bezsensownych rzeczy, mających sztucznie przedłużyć grę. Przykład: już mam podnieść potrzebny do aczka przedmiot, a tu ni z gruchy, ni z pietruchy pojawia się kolejna fala przeciwników po to, abym jeszcze chwile pograł.

Dodatkowe godziny zabawy dają dwa wspaniałe, epickie DLC.

Ta… za 80 zł dostajesz 2,5 godziny durnej gry. Kolejne misje typu: idz do punktu A, zabij potwora, weź rzecz, zanieś ją do punktu B. Koniec. Dodatkowo jedno DLC, jest kopią lokacji z podstawowej wersji gry tyle, że pozbawioną kolorów. WOW!! W dupę się gryźcie.

Gra jest wymagająca.

Tak, wymaga anielskiej cierpliwości, aby jej nie wyper… razem z konsolą przez okno. A jeśli chodzi o poziom trudności to podobno przeszedł ją Stevie Wonder. Zrobił to na speedrunie w 4 godziny. Gratulujemy.

Fable 2 posiada śliczną i wyjątkową grafikę.

Nie licząc błędów w wyświetlaniu przedmiotów, problemów z kolizjami, przywieszania się postaci i naszego psa, zacinania się NPC-ów, przenikania się tekstur, to można powiedzieć, że gra jest sympatyczna. Tak samo ładna jak koszmar pijanego szewca – jest po prostu przeciętna.

Grę można przejść z partnerem.

Tak, można – tylko po co? Nikt nigdy nie będzie na niego reagował, on sam też do gry nie wniesie niczego. To takie upchanie tego trybu na siłę, tylko po to, aby był. Równie dobrze można było wsadzić do tej gry małpy, które gwałcą owce, tylko po to aby były.

Powiem szczerze, że w przypadku „Fable 2” mógłbym tak jeszcze trochę, tylko po co? Dla mnie największe rozczarowanie, jakie ostatnio miałem okazję przeżyć. Jest to tytuł nudny, wtórny, brzydki. Za to zapakowany w śliczne pudełko i sprzedany jako czekoladki z górnej półki. Jeśli je kiedyś będziecie chcieli kupić, to zastanówcie się dwa razy, bo mogą powodować rozwolnienie. I nie mówicie, że nie ostrzegałem.

Fable2_Artwork3_marudzenie