ONA:
Strasznie nie lubię czekać na kolejne tomy powieści, które aktualnie czytam. A jeszcze bardziej nie lubię czekać na kolejne tomy powieści, które aktualnie czytam i do których mnie ciągnie. Ten czas od września do stycznia ciągnął się okropnie. I nie żebym była jakąś gigantyczną fanką Szarej trylogii napisanej przez E.L. James, ale po prostu zżerała mnie ciekawość jak potoczą się dalsze losy bohaterów i co z tym wyuzdanym seksem dalej będzie… O „Pięćdziesięciu twarzach Greya” pisałam. O „Ciemniejszej stronie” też. I w końcu był dzień, kiedy na sklepowych półkach pojawiła się ostatnia część. I znowu pędziłam do najbliższego Empiku, żeby jak najszybciej mieć ją w łapach. Przy okazji kupiliśmy w zaskakująco dobrej cenie całą trylogię Millenium, ale póki co te tysiące stron mnie demotywują. Ale do rzeczy. Moje nadzieje po pierwszej części były bardzo rozbudzone. Fakt, język jest prosty, ale ja akurat tego wtedy potrzebowałam. Nie muszę udawać, że czytam tylko klasyków i to najlepiej w oryginale, nie wstydzę się tego, że mam za sobą cały „Zmierzch”, a już najbardziej śmieszą mnie teksty, że „Pięćdziesiąt twarzy…” to książka pornograficzna. Nie, to książka erotyczna. To książka, w której jest seks i to taki dosyć solidny, bo w typie markiza de Sade. Ale to nie jest pornografia. I wierzcie mi – główna bohaterka wygrywa, jeśli chodzi o konkurencję „Najbardziej irytujących bab, które siedziały na kartkach różnych powieści”. Jest niby naiwna, niby odważna, niby chce, ale też nie chce. Trochę się boi, ale jest ciekawska. Chce wszystkiego i niczego. Słowem: klasyczna baba z okresem na zakręcie. Ja tę książkę czytałam dla Christiana Greya, który nie wiem czemu, ale w mojej głowie przywdział ciało i twarz Christiana Bale’a. I gdy moja wyobraźnia pulsowała z kolejną stroną, bo książka napisana jest tak, że krew płynie szybciej, przeczytałam część drugą, która była okropna. Drugi tom to klasyczne romansidło. On ją kocha, ona jego. I oczywiście się rozstają, bo przecież to tylko miłość. A spokojnie, schodzą się zanim jeszcze książka na dobre się rozhula, a wszystko to, co w pierwszej części przyciągało uwagę, teraz jest nieślubnym dzieckiem Jackie Collins i Danielle Steele. No i mamy część ostatnią – póki co, bowiem autorka zakończyła tom trzeci słowami „To tyle… na razie.” Mam się bać, czy się cieszyć? Trójeczka jest lepsza, dużo lepsza niż dwójeczka, ale mam nieodparte wrażenie, że jest za bardzo przepełniona wątkami. No cóż, kiedyś je trzeba podomykać. I teraz wyobraźcie sobie główną bohaterkę, która nie dość, że ma dwadzieściakilka lat, to w ciągu bardzo krótkiego czasu:
a) poznaje faceta, który ją rozdziewicza, rozkochuje, wiąże i bije – bo lubi na ostro,
b) kończy studia, przenosi się do innego miasta, zaczyna pracować w wydawnictwie,
żwawo spotyka się z panem BSDM, który jest okropnie bogaty i jeszcze okropniej przystojny,
c) poznaje jego upodobania i rodzinę, za to nie poznaje jego historii (no ok, on coś tam jej mówi, ale to są sylaby, nie zdania),
d) wplątuje się w „romans” z szefem, który jest piźnięty i który chce się na niej zemścić za zniewagę,
e) wychodzi za mąż za pana BSDM, który już teraz jest mało BSDM i bardziej waniliowy, niż skórzany,
f) spędza z nim cudowny miesiąc miodowy na jachcie, w Europie…
g) ma na sobie oddech prześladowcy, który zagraża jej, jemu, ich rodzinom i firmom,
h) staje się okropnie bogata, bo wychodzi za mąż za bogacza – wiece, prezenty typu Audi R8, wydawnictwo, zwykły dzień… nie mówiąc o zakupach u NAJWIĘKSZYCH projektantów…
i) zachodzi w ciążę… Ups, przepraszam za ten spoiler, ale do tego momentu książka była fajna…
Trzecia część jest dynamiczna. Wątki się przeplatają, tu ktoś puka się na jachcie, tu ktoś ląduje w szpitalu, tu jest jakieś porwanie, tu ciąża z zaskoczenia. Mega mnie irytowały te ciągłe powtórzenia – Jesteś moja/Jestem Twoja/Jesteś mój/Pani Grey/Pan Grey/żona/ zakupy/dom/nasze pieniądze/przygryzanie wargi. Jakby wywalić te wszystkie słitaśności, to książka miałaby formę folderu. No ale przeczytałam. Ba! Przeczytałam w 2 posiedzeniach! I teraz zasadnicze pytanie brzmi: czy ja jestem popieprzona? Czemu książki, które aż tak mnie nie zachwycały, tak bardzo mnie ciągnęły? Czy mój mózg, który musi pracować na sporych obrotach nawet w weekendy daje mi do zrozumienia, że lubi czasem odmóżdżenie? Czy może ja mam zapędy klasycznej kury domowej, która czyta romansidła? Ja dorastałam przy „Seksie w Wielkim Mieście”, dla mnie nie ma tematów tabu, jeśli chodzi o seks w twórczości. Jak dorosnę zostanę czymś pomiędzy Samanthą Jones a Hankiem Moody’m. Jeśli ktoś chce sobie pokurwić, podymać na ostro, jeśli chce stworzyć romans na miarę czasów, albo nawet niech to i będzie ckliwa opowieść o wampirach czy czarodziejach – niech tworzy. Całkiem możliwe, że mnie to przyciągnie. Zauważyłam pewną prawidłowość, jeśli chodzi o „sagi”. Najpierw dziewczynki zaczytywały się w książkach o Harrym Potterze. Potem podrosły i rzuciły się na wampiry i wilkołaki. A teraz czytają o podnieconej Wewnętrznej Bogini, która stuka się w czoło i pokazuje język.
Jeśli ktoś uważa te książki za pornograficzne, to proponuję obejrzeć jakiegoś pornosa, najlepiej wpisując w tagi „Sasha” lub „Rocco”, względnie „threesome”, „foursome” albo „spanking”.
I wiecie co jest gorsze od Greya? Iwona Felicjańska, która ma zamiar wydać „polską odpowiedź”.
Przeczytałam, nie uważam, żebym straciła część życia przez tą trylogię. Może kiedyś do niej wrócę, a tymczasem odkładam ją na moją „gównianą” półkę, która gości w wielu babskich meblościankach – pasuje do „Zmierzchu” jak ulał.
Ps. Żeby książki osiągnęły sukces kasowy należy trzymać się pewnego sznytu: jest dziewczynka, niewinna dziewica, średniej urody, ale to jest tak, że należy do grona pasztetów, ona po prostu jest niepozorna. Żyje sobie, żyje, jej rodzice są po rozwodzie, ale ona kocha i mamę, i tatę bardzo. Ma przyjaciół, uczy się. I nagle spotyka kolesia, który jest przystojny, bogaty i tajemniczy. I bogaty. I wpływowy. I bogaty bardzo. Aż dziw bierze, że mają się ku sobie. A kiedy już wydawałoby się, że jest wszystko ok, to mamy spektakularne rozstanie, tylko i wyłącznie po to, żeby się znowu zejść. Potem zwykle są oświadczyny i dziewczynka wchodzi do nowego świata. I staje się bogata, co oczywiście jej przeszkadza, bo ona jest taka skromna. A potem zachodzi w ciążę, która nie dość, że jest nieplanowana, to jest nie do końca chciana. Na końcu musi być happy end. Musi, nie ma innej opcji. Tadam – podążając tym wzorem bierzemy się za pisanie nowych powieści. Proponuję historię dziewczynki, która po drodze spotyka bogatego biskupa. Czy może to będzie za bardzo obrazoburcze?
