ONA:
Nie wiem co mnie podkusiło, żeby obejrzeć „Mechanika”. Przecież z góry wiadomo, że ten film jest ciężki jak cholera, a przeprzystojny Christian Bale wygląda w nim jak uciekinier z obozu koncentracyjnego i jego cały urok umyka gdzieś między wystającymi kościami… Przerażający i bardzo smutny widok…
W ogóle wybrałam sobie tragiczną porę dnia i roku na tego typu produkcje. Ściana deszczu za oknem, krople rytmicznie walące w parapet, wylewająca się nicość i świadomość, że będzie tylko gorzej, bardziej melancholijnie i zimno… I ja, w środku nocy, pedałując sobie na moim wiernym stacjonarnym bajku, gnając przed siebie w miejscu, zabrałam się za takie kino… No rozpacz…
Trevor Reznik ma problemy ze snem. Ale nie są to takie typowe problemy pt. „Zarwałam/łem jedną noc”. Bohater tego filmu nie spał od roku. Nie wiem na ile jest to możliwe z medycznego punktu widzenia, ale załóżmy, że nie będę doszukiwać się w tym aspekcie zbyt dużego sensu. Bohater żyje w totalnym odrętwieniu, jego życie to nieustanny, powtarzalny schemat, spoza którego nie umie się wyrwać. Praca, zero przyjaciół, od czasu do czasu seks ze znajomą prostytutką i kawa z ciastkiem w kawiarni na lotnisku. I nagle w jego życiu pojawia się nowy element, który wprowadza lekki, a potem coraz większy chaos. Trevor zatraca się w nim, tracąc grunt pod nogami. Jego realność powoli umyka, a resztki rozsądku wypierane są przez coraz potężniejszy obłęd…
Jest ciężko. Cholernie ciężko. Film ma dobijającą fabułę, w której nie ma ani jednego pozytywnego aspektu – dramat do szpiku kości. Jak już coś minimalnie zaczyna być lepiej, to potem z impetem się wali i psuje. Poza tym jest nakręcony z takim klimatem, że wywala na wierzch całą beznadziejność, nie dając nam nawet nadziei na chociaż minimalną poprawę. Ale w tej całej tragedii, film ogląda się o dziwo dobrze. Jest ciężko, jest dramatycznie, ale wciąga nas ta opowieść, a zaskoczenie może nie urywa głowy, jak w „Fight Club”, ale jest. Natomiast Bale udowadnia, że można zaliczyć go do wąskiego grona aktorów, którzy są przekonujący w każdej roli. Dla mnie jest geniuszem, niezależnie, czy rąbie swojego rywala siekierą, czy ratuje Gotham.
Co się zaś tyczy samego „Mechanika”… Nie jest to dzieło ani odkrywcze, ani inne, nie można o nim powiedzieć, że jest genialne, zachwycające i powodujące ciary na plecach, aż po samą szyję… Pojedynczy seans nie zaszkodzi, ale też nie urwie niczego.
Ps. W dalszym ciągu uważam, że jedynym słusznym panem Grey’em byłby pan Bale.
ON:
Gdy śpimy nasz organizm regeneruje swoje baterie. Odpływamy w świat, który nie jest prawdziwy, ale odzwierciedla nasze fobie, lęki, tęsknoty i pragnienia. Śnimy o tym co było, a czasami o tym, co będzie. Jesteśmy maszyną potrafiącą się szybko zepsuć. Sen to jeden z olei napędzających nasze ciało. Gdy zdarzy nam się nie spać przez kilkanaście godzin, świat dookoła nas staje się inny. Gdy nie śpimy dwie, trzy doby – zaczyna być dziwnie. Co się stanie, gdy nie będziemy spać przez rok?
Film Brada Andersona na podstawie scenariusza Scotta Kosara jest brawurową podróżą w głąb ludzkiej psychiki. To trochę „Lost Highway” Lyncha, tyle, że mniej zakręcony. Główny bohater – Trevor Reznik, wiedzie smutną egzystencję samotnika. Dni spędza w fabryce, gdzie obsługuje jedną z maszyn, wieczorami spotyka się z prostytutką lub ląduje w lotniskowej kawiarni, gdzie zjada ciastko, przepija je kawą i zamienia kilka słów z kelnerką. Problemem Reznika jest to, że cholernie chudnie. Spowodowane jest to bezsennością, trwającą od ponad roku. Nie wiemy czy mężczyzna starał się w jakiś sposób leczyć przypadłość, czy też nie. Jego schorzenie jest uciążliwe, ale nie ingeruje w jego codzienne kontakty z innymi osobami. No, prawie nie ingeruje. Pewnego dnia poznaje Ivana, faceta, który jest nowy w fabryce. Podobno pojawił się w zastępstwie za innego pracownika. Ogólnie tajemniczy z niego typek. Kilka dni później po tym spotkaniu dochodzi do wypadku. Odpowiedzialnym za nieszczęście jest Reznik, a jego kolega z hali traci rękę. Zaczyna się dochodzenie, podczas którego wychodzi na jaw kilka ciekawych rzeczy.
Opowieść snuta przez Andersona, nie jest jednak wyjątkowa. Podobieństwo do Lyncha jest ogromne. Nawet nie w samych postaciach i historii, ale w klimacie i sposobie opowiadania. Brakowało jeszcze tańczącego karła, nocnego pościgu po autostradzie, czy domu na wzgórzach. Reżyser skupił się na rozkładaniu na części ludzkiej psychiki, która jest diablo złożona. Tyle, że w połowie filmu wiemy już, jakie będzie jego zakończenie, elementy układanki same zaczynają wpadać na swoje miejsce, a zagadka staje się banalna. Wystarczy zwracać uwagę na drobiazgi, bowiem są one bardzo ważne.
Gdyby ten film nakręcił Lynch lub Aronofsky, psychoza byłaby jeszcze bardziej namacalna. Trevor wziąłby wiertarkę, aby uwolnić demony ze swojej głowy lub obudziłby się w zamkniętej celi nie wiedząc, dlaczego tu się znalazł. Niestety, dzieło Andersona ma na sobie wypalone piętno mistrzów i ciężko mu oderwać tę etykietkę, którą na chama mu przypiąłem. Jak by powiedział Tyler Durden “Everything is a copy of a copy of a copy”.
Reasumując: “Mechanika” nie ogląda się źle, ale po seansie czujemy ogromny niedosyt.
