ONA:

„Hitman: Agent 47” to film zły. Dziękuję, skończyłam recenzję.

Dobra, wysilę się i napiszę Wam dlaczego ten film jest zły.

Mieliśmy ekranizacje książek, komiksów, więc nikogo nie powinno zdziwić, że twórcy filmowi zauważyli potencjał w grach komputerowych. Była Lara Croft, były kolejne części Resident Evil, Final Fantasy, Mortal Kombat. Na ogół wszystko to wychodzi na jedno kopyto, ale i tak się sprzedaje. To produkcje, które nie mogą nie być kasowymi hitami. Podejrzewam, że twórcy „Hitman: Agent 47” również mieli ochotę na miliony monet. Szkoda tylko, że widzów potraktowali jak kretynów.

Fabuła? W skrócie: maszyna do zabijania w „ludzkim” pokrowcu, czyli agent 47 (Rupert Friend) ma za zadanie ochronić Katię (Hannah Ware). Choćby się waliło i paliło – musi zrobić to skutecznie. Dziewczyna ma przeżyć. Na jej życie czyha jednak Syndicate International, więc 47 będzie miał trochę pracy. Dodatkowo musi pomóc jej odnaleźć jej ojca, który jest słynnym naukowcem.

A teraz będzie kpina. Czysta, dobra kpina. Poza skrajnie tandetnym wykonaniem, nie ma tu przede wszystkim klimatu. Napierdalanie się, strzelanki, lanie po mordach – to nie wystarczy. Bezsensowna akcja miesza się z bardzo prostolinijna akcją, kiedy to dokładnie jesteś w stanie przewidzieć kilka następnych ruchów i ujęć. Widać, że to wszystko kręcone było na zielonym tle, ale za grafikę i efekty byli najpewniej odpowiedzialni uczniowie Technikum Informatycznego w Pcimie. Tu nawet udźwiękowienie było złe. Ja rozumiem, że bielskie studio, w którym robiono Reksia, posiłkowało się starym wieszakiem, kubkami i workiem z mąką, ale w tych czasach takie niedoróbki to po prostu wstyd i żałość. Co dalej? AKTORZY! Czy w tym filmie zagrał ktoś, kto umie grać? Albo inaczej – czy oni zapomnieli jak to się robi? Poza tym, są tak skrajnie niecharakterni, niepasujący do swoich ról, że zastanawiam się co ekipa od castingu robiła, albo bym była ujarana, decydując się na taki, a nie inny zestaw. Agent 47 ma aparycję osiedlowego dresa Twarz kompletnie nieskalana myśleniem. Zero mimiki, zero charyzmy. Katia koniecznie chce pobić Bellę Swan i zgarnąć jej tytuł Najbardziej Niemrawej Bohaterki Filmowej. I mogłabym tak wymieniać dalej i dalej, ale po co?

„Hitman: Agent 47” to film zły. Dziękuję, skończyłam recenzję.

ON:

Agent 47 przez ostatnie 15 lat wykonywał misje na całym świecie. Wielu graczy spędzało godziny przy ekranach swoich komputerów i telewizorów, starając się wykonać zlecenia w jak najlepszy sposób. Kilka lat temu pojawił się film „Hitman”, który luźno bazował na grach, teraz mamy powtórkę z rozrywki. Do kin wszedł „Hitman: Agent 47” i niestety, po raz kolejny otrzymaliśmy kupę zapakowaną w kolorowy papierek.

Poziom tego dzieła przypomina filmy wyreżyserowane przez Uwe Bola. Może jest ciut lepiej, ale nadal to nieoglądalna szmira bez ładu i składu. Wszystko się kręci wokół ojca niejakiej Katii, który to był „założycielem” projektu Hitman. On wiedział, jak stworzyć zabójców bez skrupułów. Dotarło do niego jednak, że czyni źle, więc zabrał swoje zabawki i zaszył się gdzieś z dala od całego smrodu. Jego córka wychowywała się bez ojca, nikt przecież nie wiedział, gdzie jest naukowiec. Niestety, „źli panowie” stwierdzają, że trzeba ją dopaść i przez nią otrzeć do jej ojca, aby ponownie rozpocząć produkcję zabójców. W międzyczasie okaże się, że dupa ma jakieś halucynacje i ogólnie coś z nią nie tak. Tymczasem syndykat postanawia wysłać “47”, aby „zaopiekował się” Katią. Gdy już dochodzi do konfrontacji Hitman zdradza jej wielką tajemnicę, która jest tak oczywista, że nawet Stevie Wonder by ją uwidział. Ona też jest Hitmanem i nosi imię dziewięćdziesiąt-coś-tam i jest podobno lepiej wyszkolona niż nasz bohater. Razem rozwalają masę bezradnych jak dziecko najemników, a na końcu odnajdują jej ojca i zabijają złego bohatera. Oczywiście, ojciec ginie poświęcając się sprawie.

Wszystko w tym filmie jest sztampowe i oklepane. Agent 47 wygląda jak kolo z siłki, który dorabia w nocnym klubie na bramce, Katia to aktorska porażka, a i reszta bohaterów nie grzeszy talentem. Z grą ta cała produkcja ma tyle wspólnego co nic. To kolejny film bazujący na licencji, który mógłby nie powstać i nikt by z tego powodu nie płakał. Nawet fani będą zawiedzeni. Dla mnie to kpina z serii, za którą twórcy powinni zostać pociągnięci przez producenta gier do odpowiedzialności. Omijać szerokim łukiem.