ON:

Trochę ponad rok temu, podczas jednej pracowitej nocy, włączyłem zupełnie przez przypadek film „Kobieta w klatce”. Oglądając o trzeciej nad ranem ten duński kryminał, doświadczałem tego kina w dużo pełniejszy sposób. To dzieło stworzone do tego typu projekcji. Wtedy też po raz pierwszy poznałem policjantów Carla Morcka i Assada, pracujących w Departamencie Q.

Obaj bohaterowie wywodzą się z serii książek duńskiego pisarza Jussi Adlera-Olsena, który do tej pory wydał 6 książek o przygodach tej dwójki. Trzy z nich pojawiły się w polskim przekładzie. Po seansie „Kobiety w klatce” przez jakiś czas miałem się zabrać za lekturę tego cyklu, ale jakoś nie znalazłem czasu. Przypadkowo puszczony w kinie trailer „Zabójców bażantów”, przypomniał mi, że było to dzieło klimatyczne i ciężkie. Wiadomo przecież, że europejskie kino, szczególnie to z północnych regionów, jest surowe i zimne. Podobnie jest ze skandynawskimi kryminałami.

Departament Q to składająca się z dwóch policjantów komórka, zajmująca się niewyjaśnionymi sprawami sprzed lat. W filmie kilkakrotnie pada ich liczba, jest ich w przybliżeniu około pięćdziesiąt. Biuro Morcka i Assada znajduje się w podziemiach komendy policji, zawsze panuje tu lekki półmrok, po szafach poupychane są pudła z dowodami i aktami, a w powietrzy unosi się wszechobecny zapach tytoniu i kawy. Od tych dwóch używek ci dwaj gliniarze nie stroną. Starają się poskładać w całość poszczególne elementy układanki, co nie zawsze im się udaje.

Pewnego wieczoru, przed komendą policji Morck zostaje zaczepiony przez dziwnego jegomościa, który papla coś bez ładu i składu. Policjant ignoruje mężczyznę i rusza w kierunku swojego domu, gdzie bardzo szybko zasypia na kanapie. Jeśli ktoś nie widział lub nie czytał „Kobiety w klatce”, to warto wspomnieć, że glina jest rozwiedziony, a jego nastoletni syn odwiedza go czasem i pomieszkuje w swoim pokoju. To on odbiera natrętnie dzwoniący telefon ojca. Carl zabiera mu słuchawkę i szybko opuszcza mieszkanie. Jedzie do starego domu, gdzie w wannie z podciętymi żyłami leży mężczyzna -ten sam, który zaczepił policjanta pod komisariatem. Okazuje się, że to stary glina, który ześwirował po tym, jak zabito dwójkę jego dzieci. Było to 20 lat wcześniej. Na stole w jednym z pokoi pozostawił zaadresowane do Carla pudło, wypełnione aktami związanymi ze sprawą. Departament Q zaczyna nowe śledztwo.

„Zabójcy bażantów” to naprawdę dobry kryminał. Przewagą tego dzieła nad innymi produkcjami, jest scenariusz i klimat. Poza tym, Nikolaj Lie Kass oraz Fares Fares, wcielający się w główne postacie, są naprawdę idealnie dobrani do swoich ról. Zniknęły pewne napięcia, jakie były widoczne pomiędzy nimi w poprzednim filmie, za to pojawiły się inne. To świetny duet, wzajemnie się uzupełniający. Jeśli uda wam się obejrzeć ten film w kinie, to zróbcie to. Dodaje to całości jeszcze większego klimatu.

ONA:

No wprost przepadam za takimi filmami: mrocznymi, ciężkimi, z tajemnicą, akcją, nieoczekiwanymi zwrotami i takim klimatem, który zaczyna Cię lekko podduszać, swoją ciężkością. Wybitnie dobrze w takim „nastroju” odnajduje się twórczość skandynawska, zarówno ta literacka, jak i filmowa, chociaż myślę, że warto tu też wspomnieć o muzycznej. Dziś połączenie tych dwóch pierwszych, w kolejnej części przygód detektywa Carla Mørcka z departamentu Q.

Poprzednia część – „Kobieta w klatce” ujmowała historią i klimatem. Ale niestety, widać po niej było, że to bardziej „telewizyjny” film. W przypadku drugiej – „Zabójcy bażantów” – pod tym względem jest znacznie lepiej.

Departament Q został stworzony po to, by rozwiązać stare zagadki kryminalne. Wyjaśnienie pierwszej sprawy przyniosło sukces, a teraz znowu Carl i Assad muszą zakasać rękawy. Szczególnie, że są osoby, które podważają sens istnienia tej specjalnej komórki policji. Kiedy Carl wychodzi z pracy, zaczepia go starszy mężczyzna – na pierwszy rzut oka „mocno” skopany psychicznie. Coś bredzi o paczce, o zabitych dzieciach, o niedzieli. Mørck go zbywa. Czeka na niego 50 innych, niewyjaśnionych spraw. Ale temat wraca szybko, bowiem ten sam facet 2 godziny później zamyka się w swoim mieszkaniu, wchodzi do wanny, odkręca kran i podcina sobie żyły. Co się okazuje: to były policjant, który 2 dekady temu stracił w tajemniczych okolicznościach swoje dzieci – bliźniaki, które wysłał do prestiżowej szkoły z internatem… Mørck, nękany nieco wyrzutami sumienia, angażuje się w tę sprawę. Nawet za bardzo się angażuje. Pomaga mu Assad i urocza, rudowłosa sekretarka, Rose. A sprawa śmierdzi. Prowadzi do bardzo wpływowego biznesmena, jego przyjaciela, do adwokata najbogatszych i do pewnej dziewczyny, po której ślad zaginął 20 lat wcześniej…

Nie powiedziałabym, że ten film ma wyjątkowo zaskakującą fabułę, bo za dużo tego typu dzieł widziałam, by jeszcze coś byłoby w stanie mnie zaskoczyć, ale jest dobry. Są tu dziwne uproszczenia i kilka bardzo spłycających fabułę zabiegów, ale to pikuś. Film jest świetny, jest mroczny i mnóstwo w nim złych ludzi. Wciska w fotel, a fanom ciężkiego klimatu