ONA:

Obok filmów Stanley’a Kubricka przejść obojętnie się nie da. Niezależnie od tematu, obsady i roku, w którym zostały stworzone. One są klasykami, tworzącymi fundament współczesnej kinematografii. Moim ulubionym filmem pana S. jest „Lśnienie”, ale skoro historia Jacka jest już za nami, czas wybrać coś innego z talii. 

„Oczy szeroko zamknięte” to niestety, ostatni film Kubricka. Chyba Kidman i Cruise – odtwórcy głównych ról, swoją mizernością dobili geniusza, ale zanim zacznę rozprawiać się z ich nędznym poziomem aktorskim (to oczywiście wyłącznie moje zdanie, którego jakoś wiele filmów do tej pory nie potrafiło zmodyfikować), najpierw słów kilka o fabule. 39 sekunda filmu – Nicole Kidman kusi swoją posągową figurą, jakby wyszła świeżo spod dłuta starożytnego rzeźbiarza. Idealnie dobrane światło pięknie podkreśla zarys pleców, pośladków. Fajny start. Po minucie ta ożywiona, porcelanowa forma traci wszystko, co rozbudziła na początku, bo sika. Kiedy już proces wydalniczy ma za sobą, widzimy ją w idealnie skrojonej czarnej sukni, z koronkowymi wstawkami i z kusząco spiętymi rudymi lokami. Wypindrzone do granic przyzwoitości małżeństwo Harfordów zmierza na świąteczną imprezę do znajomych. Alice jest panią domu, zajmuje się ich córką, natomiast Bill jest rozchwytywanym i bardzo popularnym lekarzem (z) wyższych sfer i właśnie dzięki tego typu znajomościom, para bawi się na przyjęciu w eleganckim domu Zieglerów. I wszystko byłoby zwykłe i przeciętne, gdyby nie ciekawe sploty okoliczności. Podczas tańca z żoną Bill zauważa swojego kumpla sprzed lat – Nicka i panowie postanawiają nieco odkurzyć starą znajomość. Potem ona, przepełniona bąblującym szampanem, wpada w ramiona przystojnego i sporo starszego Węgra, który nawet nie czai się z tym, że ją uwodzi, a on z kolei złapany jest w macki dwóch modelek. I całkiem możliwe, że skończyłoby się to podwójną zdradą (w końcu ten film reklamowany był jako jeden wielki seks!), ale Alice resztkami sił odmawia dalszemu kuszeniu, a Bill jest pilnie wezwany przez pana domu. Znajduje go w dosyć problemowej sytuacji, bo podczas gdy jego żona brylowała wśród gości, on sobie używał na młodej i pięknej modelce, która niestety – przyćpała. Miks narkotykowy bywa zgubny, ale na szczęście, jest lekarz na sali. Dyskretnie i po cichu doktorek pomaga pacjentce i po chwili widzimy już małżonków w domu – jak gdyby nigdy nic. Poranek wita ich powrotem do codzienności i obowiązków, by dopiero pod wieczór mogli spotkać się w spokoju. I gdy ich córka zasypia, oni zamykają się w sypialni by… oj nie, znowu nie będzie seksu. Harfordowie oddają się innej przyjemności, jaką jest podpalanie maryśki. Przytępiają się zdrowo, ale zamiast odpłynąć w ramiona błogiej krainy, oni zaczynają się spinać i kłócić. Prowodyrką jest Alice, której nagle przypomniały się te modelki oraz fakt, że małżon zniknął na jakiś czas z jej pola widzenia. W dziwnie skrojonych majtkach i w prześwitującej bluzce robi mu monologiczną awanturę. Jej słowotok kończy się tajemniczym wyznaniem: był moment, kiedy była w stanie zostawić i męża, i dziecię, by choć na chwilę zatracić się z nieznajomym wojskowym. Bill jest skołowany, ale nie trwa to zbyt długo, bowiem kolejny pacjent go wzywa. Tym razem nie ma żadnej przećpanej niuni, ale poczciwy dziadeczek, któremu się zmarło. I gdy tak siedzi w pokoju z córką denata, przy jego zwłokach, ona nagle wyznaje mu miłość i wsysa się w jego usta. W tym momencie błagałam, żeby nie było scen seksu. Na szczęście pojawił się narzeczony kobiety, więc Bill mógł uciec. Ale doktorek nie jedzie do domu. Smętnie snuje się ulicami miasta, pod osłoną nocy i a to wpada na dziwkę (ale dalej nie ma seksu!), a to pod klub wspomnianego wcześniej kumpla. Gdy wymienią się już informacjami „o życiu”, Nick zdradza Billowi coś, czego nie powinien. Otóż gdy kończy się jego „zmiana” w zadymionym klubie, zaczyna się jego druga praca, bardzo tajemnicza i jeszcze bardziej ekscytująca. Bill wysępił od niego parę szczegółów i nic bardziej mu teraz nie chodzi po głowie, jak to, by jak najszybciej znaleźć się w tym miejscu. W popłochu załatwia najważniejsze gadżety i pędzi. Trafia do przepięknego zamczyska, w którym właśnie rozpoczyna się tajemniczy obrzęd. Zamaskowani ludzie, ukryci pod długimi pelerynami i kilka niezwykle urodziwych kobiet. Jedna z nich podchodzi do naszego bohatera, by go ostrzec, ale on jej nie słucha. Jest wprost nie dowierza swoim oczom, bo to, co zaczyna się dziać, bije wiele na głowę. Ars amandi w pełnym tego słowa znaczeniu, czyli jak popadnie, każdy z każdym. Niestety, czar pryska gdy „klubowicze” zauważają, że jest między nimi ktoś obcy. Bill wpada w ogromne tarapaty. Najpierw musi pokazać swoją twarz przed wszystkimi, demaskując się i zdzierając z siebie anonimowość, a potem „przywódca” mu po prostu grozi. Z tarapatów ratuje go właśnie ta sama kobieta, która go ostrzegała. Chce się za niego i dla niego poświęcić. Bill jest wolny, a ona… Bez spoilerów tym razem. Doktorek wraca do domu, ale jego życie już w niczym nie będzie przypominać bajki sprzed felernej nocy…

Jeśli miałabym zacząć pisać o zaletach tego filmu, to potrzebowałabym kolejnych 800 wyrazów. To dzieło jest bardzo ładne i niezwykle ciekawie nakręcone. Mamy zabawy reżysera i operatorów, mamy świetny montaż, a wszystko poskładane jest w niezwykle sensualną i erotyczno-niebezpieczną całość. Jest lęk, jest tajemnica, są działania wbrew własnym zasadom, jest uwodzenie, prowadzące powoli do zdrady. To wszystko otulone zostało bardzo ciekawą oprawą muzyczną, która wciąga i nie pozwala oderwać się od filmu. Niestety, para głównych aktorów (którzy nota bene tym filmem wbili gwóźdź do ich małżeńskiej trumny) jest słaba. Nie mogę w uwierzyć w to co piszę, ale Cruise w zderzeniu z „jeszcze” ślubną Kidman wyszedł o wiele lepiej. Co prawda on tu mało mówi, gra bardziej ciałem i emocjami, ale i tak – zabija poziomem Nicole. Jej rola w tym filmie ogranicza się do stanów upojenia różnymi środkami, tudzież wywrzaskiwaniu bzdetów i dopowiadaniu sobie różnych pierdół w taki sposób, jaki tylko my, kobiety umiemy. Niemniej – obejrzeć warto.

ON:

Filmów o ludzkich żądzach, szczególnie tych cielesnych, jest tak wiele, że ciężko wszystkie wymienić. Czasami wśród nich pojawią się dzieła niebanalne, skandaliczne, wręcz kultowe. Jeśli za reżyserię takiego obrazu zabiera się postać ceniona za dotychczasowe dokonania, to możemy być pewni, że może dostaniemy coś niespodziewanego. Mam na myśli „Oczy szeroko zamknięte” w reżyserii Stalney’a Kubricka. Jest to opowieść na podstawie noweli Artura Schnitzlera, którą Kubrick umiejscowił prawie 100 lat po wydarzeniach opisanych na jej kartach. Akcja zaś została przeniesiona z Wiednia do Nowego Jorku.

Film zaczyna się przyjęciem wydanym przez Victora Zieglera, na którym poznamy głównych bohaterów dramatu: Billa i Alce Harfordów. Są oni symbolem współczesnego idealnego małżeństwa. Młodzi, piękni, nie cierpią na brak pieniędzy, mieszkają we wspaniałym mieszkaniu. On jest lekarzem, ona jest przykładną gospodynią, która opiekuje się domem i dzieckiem. Jednak już na początku widać, że ten podział ról nie jest tak idealny, jakby się wydawało. Uważny widz na pewno znajdzie małe detale, potwierdzające ten stan rzeczy. Przyjęcie jest także miejscem erotycznych pokus. Billa zaczepiają dwie piękne modelki, zaś Alice spędza większą część wieczoru z czarującym mężczyzną. To przyjęcie jest dopiero przystanią dla tej opowieści. Najważniejszą sceną, napędzającą kolejne wydarzenia, będzie kłótnia mająca miejsce następnego wieczoru. Doprowadza ona do ujawnienia się kryzysu, jaki od pewnego dnia wisiał w powietrzu. Sprytnie poprowadzona obrona Alice sprowadza na męża wątpliwości i zazdrość. Jej sen, w którym kocha się z nieznajomym żołnierzem, może być jej pragnieniem wolności, powrotu do czasów przedmałżeńskich. Kubrick jest mistrzem obrazów, plastyki oraz ukrytych przekazów. Ogromne mieszkanie Harfordów nigdy nie pokazane w całości, z krążącym po korytarzach Billem, co może symbolizować jego zagubienie, a jeszcze bardziej widać to w podróżach po ulicach Nowego Jorku. Z głową zaprzątniętą rozmyślaniami na temat zdrady i wierności, sam zaczyna szukać ukojenia w ramionach prostytutki. Kolorystyka obrazu także daje nam wiele wskazówek na temat tego, co chce nam przekazać reżyser. Przede wszystkim czerwień związana z miłością oraz z żądzą. Użyta w filmie w nadmiernej ilości, ma uwypuklić pożądanie i erotyzm, wypływające z ekranu. Samotna podróż doktora prowadzi go do miejsca zakazanego, do kulminacyjnego punktu, do orgii ciał i zmysłów, która może się skończyć dla niego w sposób tragiczny. Kubrick stara się zaszczepić w „Oczach szeroko zamkniętych” także element kryminału i właśnie scena z sekretnym zgrupowaniem oraz… martwa kobieta. Tak naprawdę możemy doszukiwać się tutaj dekadentyzmu i wytknięcia bezkarności bogatej klasie społecznej, która znudzona szuka każdej rozrywki, w tym seksualnej. To trochę jak w skandalicznym „Salo, czyli 120 dni Sodomy” Pasoliniego. Pomimo, iż oba dzieła dzieją się w różnych okresach historycznych, to jednak zawsze znajdzie się grupa z zachciankami (jak najbardziej seksualnymi) bardziej niż drastycznymi. Obaj twórcy stawiają przed widzem pytanie jak bardzo bezkarny może być człowiek bogaty, jak wyuzdane zachcianki są jeszcze w granicach smaku, a gdzie przekraczamy tolerancję, zza której nie ma już powrotu.

Stanley Kubrick zawsze lubił szokować, jego dzieła są przepełnione pytaniami o współczesnego człowieka, oddanemu konsumpcjonizmowi, żądzy, władzy, pieniądzom i przemocy. Elementy te pojawiają się między innymi w „Mechanicznej Pomarańczy”, bazującej na dziele Burgessa. Przemoc seksualna tam jest jednak bardziej dosadna i drastyczna, a jej oblicze ma wielki, biały fallus. „Oczy szeroko zamknięte” to ostatni  jego obraz i poruszył inne problemy, a on sam stwierdził, że to najlepszy film w jego dorobku. Nie wiem czy najlepszy, ale na pewno warty poświecenia mu uwagi.