ON:

W „Sierocie” solidnie czuć hiszpańskie pochodzenie reżysera – Jaume Collet-Serra. Ten thriller doprawiony jest południowoeuropejskimi przyprawami, ale warsztat jest amerykański. Zauważony po „Domu woskowych ciał” Jaume wdarł się na salony, dzięki czemu udało mu się współpracować między innymi z Liamem Neesonem. Wyreżyserowana w 2009 roku „Sierota” lekko się zestarzała, ale w ogólnym rozrachunku nadal jest nieźle.

Rezygnując z chwytów znanych z „Rec” i „Sierocińca” – Collet-Serra pokazał, że amerykańsko-hiszpańskie kino ma wysublimowany smak. Jest trochę jak piękna latynoamerykańska dziewka, która czaruje osobowością. Drastyczny i krwawy początek ma skupić uwagę widza i zainteresować go opowiadaną historią. Ten wstęp to najbrutalniejsza część filmu, reszta opowieści jest mniej krwawa, choć krwi w niej nie brakuje. Przez taki zabieg dzieło zmienia się w thriller, a z horrorowych korzeni zostaje bardzo niewiele. Jednak nie jest to złe posunięcie. Przez cały film czekamy na finał, który może nie jest tak widowiskowy, jakbyśmy się spodziewali, ale nadal ciekawy. Nawet jeśli chwilami scenariusz wydaje się miałki, a opowieść ma swoje zastoje, to jednak nie mamy problemu, aby przymknąć na to oko, a to dobry znak.

Kate i John Coleman są szczęśliwymi rodzicami dwójki dzieciaków. Podczas trzeciej ciąży Kate traci dziecko, przez co jej stan psychiczny bardzo się pogarsza. Przechodząc załamanie nerwowe i depresję – ma wsparcie w mężu, który stara się być przy niej i pomóc przejść trudne chwile. Gdy wszystko się uspokaja – małżeństwo postanawia zaadoptować trzecie dziecko i miłość do nienarodzonego przelać na maleństwo, które tego naprawdę potrzebuje. Odwiedzając sierociniec prowadzony przez siostry zakonne, ich uwagę przykuwa 9 letnia Esther. Dziewczynka jest nad wyraz inteligentna i utalentowana. Często wydarzenia, którym się przygląda, są dla niej powodem do refleksji i własnych interpretacji. Jej zachowanie oczarowuje Colemanów. Są szczęśliwi, że wreszcie znajduje się ktoś, kogo mogą obdarzyć miłością.

Oczywiście nie trzeba czekać długo, aby zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Mała księżniczka nie jest takim aniołkiem, jak się wydaje, ale przecież to tylko dziecko, a te mają swoje pomysły. Jaume Collet-Serra stara się dość długo zwodzić nas za nos i nawet mu się to udaje. Całość potrafi być zjadliwa, potrafi przyciągnąć do ekranu, a to jest chyba najważniejsze. Jeśli lubicie pokręcone klimaty to „Sierota” powinna się wam spodobać.

 ONA:

Jeśli chcesz mieć dziecko – nie oglądaj tego filmu.

Jeśli planujesz adopcję – tym bardziej nie oglądaj tego filmu.

Jeśli łudzisz się, że dzieci są słodkie, cudowne, niewinne – nie oglądaj tego filmu.

Szczególnie, że niektóre dzieci wcale dziećmi nie są, a jedyną rządzą, która je napędza, jest ogromna chęć mordowania wszystkiego, co się nawinie.

Colemanowie po utracie nienarodzonego dziecka, próbują odnaleźć się w nowej, smutnej rzeczywistości. Kate (Vera Farmiga) czuje ogromną potrzebę posiadania kolejnej pociechy, dlatego razem z mężem – Johnem (Peter Sarsgaard) decydują się na adopcję. Już najwyższy czas pokonać traumę, wykopać się z problemów i dać schronienie i miłość rodzinną jakieś niewinnej istotce. W sierocińcu, prowadzonym przez zakonnice, poznają Esther – dziewczynkę, która jest inna niż pozostałe dzieci. Wygląda jak laleczka, taka z dawnej epoki. Do tego jest bardzo dojrzała, wrażliwa, mądra. Szybko zachwyca Colemanów, którzy najwyraźniej wybrali się do sierocińca jak ja do Ikei. Niby mam plan i listę zakupów, a zawsze wpadnie coś innego. Teraz rodzina staje się pięcioosobowa: Kate próbuje wrócić do normalności i przy okazji walczy z nałogiem, John odnajduje się po raz kolejny w roli taty, głucha Max z miejsca zachwyca się nową siostrą, a Daniel – jak to chłopak w tym wieku, jest i tak na „nie”, jeśli chodzi o wszystko. I on pierwszy zauważa, że nowa członkini rodziny jest – delikatnie mówiąc – dziwna. Potem już leci z górki.

Mała Esther tak zgrabnie mota historię tej rodziny, że doprowadza ją na skraj. Tatuś jest nią zachwycony, Max i Daniel są przez nową siostrę ciągle szantażowani, a Kate w końcu dochodzi do wniosku, że zabranie dziewczynki z przytułku to był błąd. Chcąc dowiedzieć się o niej czegoś więcej, łączy kropki na tyle skutecznie, że dochodzi do szpitala dla obłąkanych. Z informacji które otrzymuje dowiaduje się, że dziewczynka wcale nie jest tą, za którą się podaje i generalnie całej rodzinie grozi śmiertelne zagrożenie.

To nie jest film wybitny. Nie jest też typowym, dla drugiego gatunku. Oscyluje gdzieś pomiędzy nimi i ma zarówno lepsze, jak i gorsze momenty. Główna bohaterka jest totalnie drażniącym bachorem, którego nie sposób nie znienawidzić od pierwszych sekund. Gdy tylko pojawiła się na ekranie, od razu wiedziałam, że narobi dużo smrodu. Finał mocno mnie zaskoczył. Podejrzewałam jakieś opętanie albo względną psychozę, a tu dość niezły zwrot akcji. Sadyzm dziewczynki był na tyle „uroczy”, że z przejęciem oglądałam każdą scenę. A, no i Peter Sarsgaard mnie kręci.

Polecam. Fanom gatunku powinien siąść, a z kolei osoby, które podobnie jak ja – z dystansem podchodzą do takich filmów, nie będą moczyć się ze strachu kilka nocy pod rząd, bo ta produkcja nie jest straszna, tylko klimatyczna.