ONA:

„Jeśli podobał Ci się „Kontakt”, to „Kula” też Ci się spodoba!” – takie zdanie usłyszałam i właściwie mogę mieć sama do siebie pretensje, że dałam się skusić. Film z Jodie Foster sprawił, że miałam lekki niedosyt i łudziłam się, że tym razem dostanę to, na co liczyłam. Cóż… Samantha Jones, najbardziej charakterna bohaterka „Seksu w Wielkim Mieście” mawiała: „Fuck me badly once, shame on you. Fuck me badly twice, shame on me!”. To mam za swoje.

Na dnie oceanu amerykańscy wojskowi i naukowcy odkryli „coś”. To coś nie przypomina ani statku, ani łodzi podwodnej, ani niczego innego co znają. Zatem to „coś” musi pochodzić z kosmosu – wiadomo. Należy więc ściągnąć wszelkie możliwe tęgie głowy, by to zbadały. A kogo konkretnie? Przecież muszą być jakieś procedury w takim wypadku. I są. Raport doktora Normana Goodmana (Dustin Hoffman), w którym zawarł wyraźne instrukcje kto, to i jak powinien zbadać owo „coś”. I tak też się dzieje. Niezbyt świadomi naukowcy trafiają najpierw do bazy wojskowej gdzieś na środku oceanu, a potem schodzą głębiej. To, co zobaczą w tajemniczym pojeździe, będzie dla nich ogromnym zaskoczeniem. Statek nie jest z przeszłości, jak sami stwierdzili, nie jest też z kosmosu i ciągle „coś” w nim jest. Wkrótce zaczną się dziać rzeczy dziwne… Nawet są tu jakieś zwroty akcji, tylko to wszystko i tak idzie jak krew w piach, bo koniec tego dzieła jest po prostu rozpaczliwy. A przy okazji okazuje się, że sam raport też był mocno naciągany i więcej w nim sci-fi oraz opierania się na literatach, niż faktów.

Co z tego, że przez cały czas trwania filmu intryga była misternie tkana, tajemnica narastała, bohaterowie się motali i co jakiś czas pojawiało się konkretne pierdolnięcie, jak finał tej opowieści zahaczał o żałosność? Zabrakło pomysłu? Zabrakło sensu? Zabrakło wszystkiego! Lepiej by było, gdyby to dzieło zakończyło się wcześniej. Próba ujarzmienia tej opowieści durnym finiszem zrobiła jej ogromną krzywdę. Wszystko można wybaczyć, nawet niemrawego Hoffmana w roli głównej, ale za takie zakończenia powinno się podpinać akumulator na jaja.

ON:

Hoffman, Stone, Jackson – te nazwiska widnieją na plakacie „Kuli” w reżyserii Barry’ego Levinsona. Trzy gwiazdy, które starały się uratować całkiem niezłe widowisko. Te trzy nazwiska robiły co mogły, by film na podstawie prozy Crichtona stał się hitem. Wydaje mi się, że jednak nie do końca im się to udało. Trochę szkoda, bo „Kula” nie jest tragiczna, brak jej po prostu ostatecznych szlifów i pomysłu na siebie.

Zaczyna się zacnie, bowiem na dnie oceanu znaleziono dziwny obiekt, który nie przypomina niczego, co zostało stworzone przez człowieka. Na miejsce rząd ściąga grupę ekspertów, którzy zbadają to, co leży na dnie. Oczywiście wszystko okryte jest wielką tajemnicą. Nawet Ci, którzy przyjechali, nie mieli zielonego pojęcia w co się pakują. Przebąkiwano coś o katastrofie na oceanie, o ofiarach, ale tak naprawdę wszystko było pięknym kłamstwem, potrzebnym do ukrycia prawdy.

W skład ekipy, która miała zejść na dno i zbadać nietypowy wrak, są między innymi matematyk, biolog, psycholog i kilku innych specjalistów. Każdy z nich jest najlepszy w swojej dziedzinie. Nie wiedzą jednak, że to, co ich spotka we wraku pojazdu, łamie wszystkie dotychczasowe nauki.

Po dotarciu do włazu okazuje się, że ogromny pojazd nie tylko jest świetnie zachowany, ale na jego pokładzie znajduje się ludzka załoga, a dokładnie jej szczątki. Nie byłoby to może dziwne, gdyby nie to, że wrak datowany jest na okres, w którym ludzie raczej nie znali podróży międzygwiezdnych. Rozpoczyna się badanie wehikułu. Poza szczątkowymi informacjami na pokładowym komputerze, nie ma tutaj nic nadzwyczajnego. No może poza złotą kulą, której znaczenia nikt nie zna i która znajduje się w jednym z hangarów. Naukowcy postanawiają ją zbadać i od tego momentu dzieją się rzeczy niezwykłe. Mamy tutaj pomieszanie klimatów z „2001 Odysei Kosmicznej”, jest trochę z „Ukrytego Wymiaru”, a także „Otchłani”. Szkoda tylko, że postała z tego niesamowita papka z beznadziejnym i bzdurnym zakończeniem. To właśnie ono psuje cały klimat i powoduje, że dobrze zapowiadający się film stał się bardzo przeciętnym obrazem. Można obejrzeć, ale zastanawiam się czy warto.