ON:

Moja fascynacja feudalną Japonią zakończyła się pod koniec lat 90-tych. Przechodziłem wtedy okres łykania wszystkich książek związanych z Nipponem. Nie ukrywam, że historia samurajów to okres barwny, pełen różnic kulturowych, które dla nas mogą wydawać się błahymi lub wręcz głupimi. Czasem wracam do tamtego czasu i wtedy lubię obejrzeć jakiś klasyczny japoński film, ale ponieważ nie miałem nic pod ręką, trafiło na kino trochę mniej wzorcowe, ale w jakiś sposób nawiązujące do Japonii. Mowa o dziele Carla Rinscha „47 roninów”.

Ta bajeczka fantasy nie ma nic wspólnego z japońską historią. To stworzona na potrzeby Hollywood opowiastka, która ma na celu przyciągnąć nas na chwilę do telewizora i pozwolić zrelaksować się po całym dniu. Nie doszukujcie się tutaj ani odrobiny prawdy. Jednak warto podkreślić, że każdy gracz w „Legendę Pięciu Kręgów” będzie się przy tym filmie całkiem dobrze bawił. Dlaczego? Bo mamy tutaj podręcznikową wręcz przygodę, taką, jaka marzy się każdemu mistrzowi gry. Znajdzie się tu miejsce na demony, miłość, przygodę, morderstwo i zemstę. Kombinacja ta jest wysmakowana, ale naprawdę mało będzie osób, którym to danie podejdzie i nie spowoduje zgagi.

Wszystko przez to, że ten film niesprawnie opowiedziany. Dziury w scenariuszu, brak jakiejkolwiek krwi podczas scen walki oraz złagodzenie i ugrzecznienie, to jego główne bolączki. Można by rzec, że stworzono je trochę na siłę, wierząc, że Reeves przyciągnie do kina tłumy. Niestety, tak się nie stało. Współczesny nastolatek ma daleko bajkę o Japonii, kiedy w tym samym czasie może oddać się grze na konsoli, jaraniu blantów i masturbacji. Dorosły widz jest raczej przyzwyczajony do opowieści w stylu Jacksona, gdzie nie brakuje epickich zdjęć, krajobrazów i nawet jeśli są dziury w scenariuszu, to nikt nie zwraca na nie uwagi.

„47 roninów” to tak naprawdę dwie powiązane ze sobą historie. Jedna to dzieje Kaia, mieszańca, który został przygarnięty pod dach lorda Asano, a druga skupia się na śmierci lorda i związanej z nią zemście. Scenariusz jest przewidywalny i prosty jak kij od miotły, więc nie ma sensu się nad nim rozwodzić. Mniej lub bardziej rozgarnięty widz poradzi sobie z nim bez problemu. Bardzo ubolewam nad tym, że tak bardzo mało zaczerpnięto do filmu wierzeń z mitologii japońskiej. Mistyczne stwory, zjawy, demony i duchy, aż prosiły się na swoje miejsce w tym jakże fantastycznym świecie, wykreowanym przez scenarzystów. Szkoda.

Jeśli nie interesuje Was kultura japońska i macie chwilę czasu, to możecie obejrzeć to dziełko, w innym przypadku szczerze nie polecam.