ON:

Miałem 13 lat gdy na ekrany kin wchodził „Park Jurajski” – dzieło w reżyserii Stevena Spielberga, który podbił rynek filmowy. Spielberg zaserwował nam kino starej daty w nowoczesnym wydaniu, zrywając ze stereotypami zakorzenionymi w latach 80-tych ubiegłego wieku. Na mnie, dzieciaku, który miał 13 lat ,największe wrażenie zrobiły dinozaury. Minęło ponad dwadzieścia lat i ponownie wybrałem się na wycieczkę po wyspie pełnej gadów.  Co ciekawe, opowieść ta przetrzymała próbę czasu, a na dodatek ukazała mi smaczki, na które nie zwracałem uwagi jako dzieciak. 

„Park Jurajski” to przede wszystkim kino przygodowe, ale spokojnie można się w nim doszukiwać thrillera, a nawet elementów sci-fi. Ta mieszanka gatunkowa jest naprawdę niezła i nie powoduje u nas znudzenia. Crichton jest jednym ze współscenarzystów, a jak wiadomo – lubuje się on w prozie ciężkiej, czasem ostro sensacyjnej i w “Parku” wyszło mu to całkiem dobrze. Czasem widać, że blokowany był kategorią wiekową, przez co nie zobaczymy tutaj zbyt wiele krwi, pomimo tego, że dinozaury chrupią sobie kilka osobników z gatunku homo sapiens.

Film zaczyna się od sceny wypadku w parku i to właśnie ona jest motorem napędowym całej historii. Wydający pieniądze na utworzenie wyjątkowego lunaparku inwestorzy są zaniepokojenie. Nie chcą utopić kasy. Wtedy na scenie pojawia się John Hammond, pomysłodawca parku, filantrop i swoisty ojciec dinozaurów. Przekonuje on dwoję paleontologów Dr Alana Granta i Dr Ellie Satter oraz profesora Iana Malcolma zajmującego się teorią ewolucji, aby odwiedzili jego niesamowitą wyspę. Oni jako specjaliści, będą mieli wydać werdykt, czy park jest bezpieczny dla zwiedzających. Na miejscu ich oczom ukazuje się widok zapierający dech w piersiach. Mowa nie tylko o „zwierzętach”, ale i funduszach, jakie wpompowano w ten ośrodek. Nikt jednak nie zdaje sobie sprawy, że wśród pracowników jest jedna osoba, która będzie starała się zasabotować całe przedsięwzięcie.

„Park Jurajski” ogląda się nadzwyczaj dobrze, nawet teraz wiele lat po premierze. Świetnym posunięciem był angaż Goldbluma do roli Iana Macolma. Jego teorie na temat ewolucji, natury i jej zaradności są świetne. Tym lepiej się ich słucha, jeśli przypomnimy sobie jak 11 lat wcześniej przemieniał sie z Setha Brundle w człowieka-muchę. Drugi smaczek, to postać Johna Hammonda, który przypomina wellsowskiego doktora Moreau. Podobne zapędy, chęć zabawy w boga i brak wiary w umiejętności adaptacyjne matki natury, stawia go na równi z szalonym naukowcem z powieści H.G. Wellsa.

Jeśli wybieracie się na premierę „Jurassic World” to „Jurassic Park” jest pozycją obowiązkową.

ONA:

Strasznie zazdroszczę Dawidowi tego, że pewne kultowe filmy miał okazję zobaczyć w kinie, na dużym ekranie, w takim etapie życia, że jeszcze wiele rzeczy wprawiało go w kinematograficzny zachwyt. Moim pierwszym dziełem, który widziałam w kinie, był „Król lew” i nigdy nie zapomnę tego przeżycia. Niezapomniane, wzruszające, poruszające – miłość od pierwszego wejrzenia i tyle. Film, a raczej seria filmów, które zagoszczą na blogu w ciągu najbliższych trzech dni, również Dejw widział na dużym ekranie. A mnie zazdrość skręca, bo ustalmy coś – produkcje takie jak te wymagają warunków, które jest w stanie spełnić tylko seans na sali kinowej. A o jakie dzieła chodzi?

Człowiek od zawsze chce bawić się w boga ojca, ew. w matkę naturę, zależnie od podejścia. Eksperymentuje, kombinuje, chce przechytrzyć nieuchronne procesy. Czasem robi to na małą skalę – przeszczepiając sobie tłuszcz z tyłka w twarz, robiąc licówki, farbując włosy, żeby przechytrzyć upływające lata. Idąc dalej – transplantologia ma się rewelacyjnie, potrzeba tylko dawców. A może już niedługo nie będą oni potrzebni, skoro coraz głośniej mówi się o „hodowaniu” albo drukowaniu w 3D potrzebnych organów? Ale do czego zmierzam – bawimy się naturą, która coraz bardziej otwiera przed nami swoje tajemnice. Czasem ma to sens, a czasem nie. Często zastanawiam się kiedy ktoś wpadnie na pomysł wskrzeszenia dinozaurów, jak to zrobiono w „Jurassic Park”.

Naukowcy, którzy zdecydowanie bardziej kierowali się potrzebami finansowymi, niż etyką i moralnością, z krwi, którą „znaleźli” w prastarych owadach, odtwarzają dinozaury. Wszelakie! Mają one zostać zamknięte na wyspie, gdzie ma zostać otwarty wielki rodzinny park, dla wszystkich, którzy pragną zobaczyć te bestie. No przyznaję – pomysł rewelacyjny. Tylko nikt nie przewidział kilku kwestii. Po pierwsze – dinozaury, które zostały wskrzeszone, były z różnych etapów historycznych, ale załóżmy, że natura będzie mogła sobie z tym poradzić. Po drugie – stwierdzono, że powstaną tylko samice, tylko nikt nie wpadł na to, że część DNA , która pochodziła od płazów, daje „furtkę” – przecież niektóre z żab są w stanie zmieniać płeć w zależności od potrzeb! Po trzecie – okej, wprowadzono szereg procedur i różnych form oddzielania dinusi od zwiedzających rodzin, ale nikt nie wziął pod uwagę tego, że większość z zabezpieczeń opierała się na dostępie do prądu. A to przecież wyspa…

Naszą przygodę zaczynamy z kilkoma bohaterami: dr Alan Grant (Sam Neill) i jego koleżanka po fachu – dr Ellie Sattler (Laura Dern). Zakochani są oni totalnie w tych potworach sprzed lat i poświęcają im całą swoją energię. Jest też dr Ian Malcolm (Jeff Goldblum), który zajmuje się ewolucją. Mamy również pomysłodawcę parku, który na niego wyłożył sporą kapuchę – John Hammond (Richard Attenborough) i jego dwoje wnucząt, ale oni są tak beznadziejni, że szkoda o nich pisać. Cała ta ekipa ląduje w środku Parku Jurajskiego – miejsca, w którym – zgodnie z założeniami – ma być cudownie, bo przecież dinozaury, bogactwo, och i ach. Tymczasem ochy i achy musiały ustąpić wrzaskom, bo wkrótce rozegra się tam prawdziwe piekło. Ludzie vs. dinozaury.

Dla mnie pierwsza część, wprowadzająca nas na wyspę, na której rządzą prehistoryczne gady, jest najlepsza. Z rozkoszą i nieukrywaną radością wróciłam do parku i przeżywałam przygody bohaterów. Dinozaury nadal są przerażające, a to, w jaki sposób zostały wykreowane – ciągle budzi mój zachwyt. To był 1993 rok, a są one perfekcyjne. W życiu bym nie powiedziała, że ten film się postarzał, stał się niedopracowany i z perspektywy czasu – dużo stracił. Nie! Wręcz przeciwnie! Seans po długiej, wieloletniej przerwie, był szalenie emocjonujący. Dla mnie najsłabszym elementem w tej i kolejnej części są role dzieci, które drażnią i irytują, non stop sprowadzają kłopoty, a ja ciągle, z wypiekami na twarzy, powtarzałam „Zostawcie te bachory! Niech je zeżrą dinusie i będzie spokój!!!”