The Conspirator

ONA:

Jest mi głupio, że w ogóle chciałam ten film oglądać. Teraz już wiem, dlaczego zupełnie niepostrzeżenie przeszedł po kinach. Bo jest najnormalniej w świecie nudny. Dziwi mnie to, jak można tak ciekawą historię tak słabo i przeciętnie sprzedać. A dwóch głównych męskich bohaterów, aktorów z młodszego pokolenia, obsadzonych zostało chyba tylko po to, by przyciągnąć gówniarzy do kin… Eh.

„Spisek” to film, który jest oparty na wydarzeniach prawdziwych, czyli nie posiadając zbyt wiele wiedzy z zakresu historii, bo autentycznie – wystarczyło nie spać na zajęciach o zamachu na prezydenta Lincolna, żeby wiedzieć jak się kończy. Takie filmy mają się najgorzej. Gorzej nawet niż ekranizacje popularnych powieści! Bo jak można zainteresować widza historią, którą znają wszyscy? Gdzie tajemnica, gdzie trzymanie za gardło do ostatnich scen. Pozostaje tylko głód i halucynacje, jak na Łotwie.

Wszystko dzieje się w kwietniu 1865 roku w Waszyngtonie. Minuty filmu dzielą nas od makabrycznego wydarzenia, które miało miejsce w Teatrze Forda. Sympatyk Konfederatów, aktor John Wilkes Booth postanowił raz na zawsze pozbyć się niewygodnego prezydenta i udało mu się to. Co prawda początkowo chciał Lincolna jedynie porwać, ale nic z tego nie wyszło. Trzeba było zacząć działać inaczej. W Wielki Piątek prezydent wraz ze swoją żoną udał się do teatru, by oglądać komedię Toma Taylora „Nasz amerykański kuzyn”, chociaż wcale nie miał na to ochoty. Ślubna go namówiła… I chwilę po 22 do jego VIPowskiej loży wpadł Booth, pakując kulkę w głowę głowy państwa, po czym zeskoczył na scenę i krzyknął „Sic semper tyrannis” (co ciekawe – złamał wtedy nogę). Nazajutrz rano prezydent już nie żył, a całe miasto i okolice wstrzymały oddech. Zabójca ciągle grasował. Finał tej historii kończy się na farmie, na której ciało Bootha wzbogacono o trochę żelastwa. Ale dosyć szybko wyszło na jaw, że zamachowiec nie mógł działać sam – ba, spiskowców było zdecydowanie więcej. Wkrótce po tych wydarzeniach aresztowano 8 osób, a czterech z nich postawiono przed sądem. I właśnie o tym jest ten film… Frederick Aiken (James McAvoy) jest prawnikiem, któremu polecono bronienie Mary Surratt – jednej ze spiskowców. Czy ta nobliwa dama mogła przyłożyć ręce do tak tragicznych wydarzeń? Aiken początkowo niechętnie, ale jednak z czasem coraz bardziej zaczyna się wkręcać w sprawę. Przed trybunałem wojennym stara się przedstawić dowody, że ta kobieta, zwykła właścicielka domu gościnnego, była jedynie przynętą, nic więcej. Ale czy faktycznie tak było? Cóż, ci, którzy nie spali na historii wiedzą. Pozostałym proponuję nie szukać informacji, bo to jest jedyna „tajemnica” w tym filmie.

Jak lubię prawniczą fabułę, te całe zabawy w dowody i poszlaki, tak „Spisek” zanudził mnie totalnie. Możliwe, że dlatego, bo znałam finał. Możliwe, że aktorzy dobrani byli w sposób żałosny. Możliwe, że całość została trochę zbyt łzawo i ckliwie potraktowana. Niemniej, ja prawie naderwałam sobie kąciki ust z ziewania. Pewnie tak samo powstały blizny na twarzy Jokera. „Chcesz wiedzieć skąd mam te blizny? Oglądałem Spisek!”

ON:

Paulina zakochana jest w filmach historycznych. Kocha wszelkie dzieła o brytyjskiej rodzinie królewskiej, uwielbia ploty i ploteczki z dworów  władców, a także okres kolonialny w USA. Mogłaby czytać godzinami o heraldyce, o spiskach i konspiracjach. Ja jestem prosty facet, dla mnie kino historyczne to „Braveheart”, „Patriota”, „The Last Samurai”. W takim kinie mnie musi się coś dziać – trupy, efekty itd. Wiem, że „moje kino historyczne” niewiele ma wspólnego z faktami, ale… Kiedy Papi powiedziała mi, że czaka nas seans „Spisku” – filmu opowiadającego o dochodzeniu w sprawie zamachowców na Lincolna, to lekko się zaniepokoiłem. Całe szczęście gdzieś przeczytałem, że to taki dramat sensacyjny i nie będę się nudził.

Spodziewałem się czegoś pokroju „Firmy” albo „Klienta”, tyle, że w Stanach, zaraz po wojnie secesyjnej. Myliłem się ogromnie, bowiem z klasykami Grishama to dzieło ma tyle wspólnego, co ja z dynastią Ming. Podłoże historyczne tejże opowieści możemy sobie wygooglić i przy okazji zaspojlerować zakończenie. I właściwie to by było najlepsze rozwiązanie, bowiem „Spisek” jest nudny jak flaki z olejem. W tym filmie nie dzieje się nic, on jest jak „Śmierć w Wenecji”, tyle, że zamiast w łódce siedzimy na sali sądowej. Nuuuda tak przeogromna, że w pewnej chwili zaczęliśmy robić z Paulina listę zakupów. I wiecie, co? Nic nam nie umknęło. Śledztwo ma bowiem tempo sparaliżowanego ślimaka, a sceny na sali sądowej są interesujące jak zebrania komisji sejmowej w sprawie Smoleńska. Jeśli jednak zdecydujecie się na seans to w skrócie przybliżę wam o co chodzi w “Spisku”. Po zabójstwie Lincolna, złapano grupę osób, między innymi Mary Surratt, której syn był podobno bezpośrednio zaangażowany w śmierć głowy państwa. Ponieważ jej pierworodnego nie udało się pojmać, to cała odpowiedzialność spada na jej osobę. To chyba jedyny wątek w tym dziele potrafiący lekko zainteresować. Chodzi o to, że pokazano dziury w amerykańskim prawie, które są łatane przez ostatnie setki lat.

Oglądając film Roberta Redforda miałem wrażenie, że facet się gdzieś zgubił. Cały czas mi czegoś było brak, nie pojawiło nic, co mogłoby uratować tą historie. Wszystko jest nijakie i lekko mdłe. Czego właściwie oczekiwać od opartej na faktach powieści? Ale z drugiej strony, był przecież „Lincoln”, który też mnie nie zachwycił, ale miał jednak coś, co pozwoliło mi przebrnąć przez tę historię. Problemem jest jeszcze to, że kult amerykańskiego prezydenta nie skończył się pomimo upływu setek lat. Tyle, że czy bazując na źródłach historycznych mamy możliwość poznania całej prawdy? Wiadomo, że nie zawsze.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad