Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Chappie

ON:

Mogę powiedzieć, że jestem fanem Blomkampa. Uwielbiam to, co ten reżyser robi, jaką wizję świata przedstawia i to, że jest konsekwentny w swoich produkcjach. „Dystrykt 9” był pierwszym jego dziełem, które pozwoliło zobaczyć szerokiej publiczności, że mamy do czynienia z reżyserem młodego pokolenia, zrywającym ze starymi schematami i zaczynjącym na nowo definiować kino SF.

Nadszedł dzień, w którym wybraliśmy się wreszcie na „Chappiego”. Bardzo długo czekałem na tę chwilę, ponieważ spodziewałem się blomkampowego sosu w najczystszej postaci. Dzieła tego faceta dość łatwo rozpoznać. Wszystko dlatego, że trzyma się on pewnych schematów, które bardzo dobrze się sprawdzają. Przede wszystkim po raz kolejny akcja dzieje się w Johannesburgu, a początek filmu to jakby paradokument, w którym kilka postaci wypowiada się na temat przyszłych zdarzeń. Podobny zabieg pojawił się w „Dystrykcie 9”. Kolejna sprawa, to utrzymanie pewnej spójności świata, która pojawiła się w jego trzech pełnometrażowych filmach. W każdym z nich roboty mają bardzo podobną budowę, humanoidalną konstrukcję, która ma prawo bytu. Poza tym, poza częścią SF, pojawia się tu dużo wątków poruszających bardzo poważne tematy, problemy wywodzące się jeszcze z lat 80-tych ubiegłego stulecia w RPA. Aperthide i jego pokłosie świetnie widać było w „Dystrykcie 9” oraz w „Elizjum”. Ostatni element łączący wszystkie trzy jego filmy to aktor Sharlto Copley, który w każdym z jego dzieł pojawia się w jednej z głównych i ważnych dla filmu ról.

Fantastyka, zaserwowana przez Blomkampa, jest zupełnie inna, niż ta, którą pamiętamy sprzed kilku, kilkunastu lat. Jego filmy przypominają kazanie, opowiadane podczas mszy, a on sam jest osobą, która jednocześnie każe i nagradza tych, którzy żyją w jego opowieści.

Podobnie jest z „Chappiem”. Znów wracamy do Johannesburga. Ponieważ miasto miało ogromne problemy z przestępczością, postanowiono zaciągnąć w szeregi policji roboty, a dokładniej droidy. Lokalna firma stworzyła naprawdę posłuszne i inteligentne maszyny, które do pracy w policji nadają się wprost idealnie. Przestępczość zmalała o kilkanaście procent, a zadowolony komisarz policji zamawia kolejną partię mechanicznych strażników.

W tym samym czasie poznajemy Yolandi oraz Ninję, parę drobnych typków. Zadarli oni z nie tym kolesiem co trzeba i zależy im na szybkim wzbogaceniu się. Dzięki temu będą mogli oddać kasę, a później wieść spokojny żywot. Jednak aby zdobyć pieniądze w odpowiednim terminie, trzeba zrobić skok na furgon przewożący kasę. Aby dokonać czegoś takiego, muszą mieć coś więcej niż chęci -trzeba droida. Pomimo małych móżdżków Yolandi i Ninja są zgodni, że powinni porwać pracownika fabryki i rozkazać mu przeprogramować roboty.

Trzeci wątek kreci się wokół Deona Wilsona, młodego programisty (to ten porwany), który chce stworzyć prawdziwe, uczące się A.I. Udaje mu się wreszcie skompilować kod i pod naciskiem Ninjii instaluje go w zniszczonym, przeznaczonym na złom robocie. Tak rodzi się „Chappie” – pierwsza myśląca maszyna, a wszystkie trzy wątki przeplatają się ze sobą.

Chappie jest jednostką nieprzystosowaną do życia, przypomina bardzo małe dziecko lub szczeniaka, którego trzeba animować, uczyć i bawić, by ten zdobywał wiedzę. Jego umysł jest bardzo chłonny i uczy się on dobrych jak i złych zachowań. Yolandi traktuje robota jak swoje dziecko, a Ninja chce zrobić z niego zabójcę. Deon walczy o to, aby „blaszak” stał się kimś więcej. Niestety, szkoła życia, jaką otrzyma droid, nie jest lekka. Pozna on jak tak naprawdę wygląda gatunek ludzki. Wraz z nim przemierzymy niewielki kawałek miasta, w którym złość, gorycz, przemoc i rozpusta idą w parze z pazernością, niezdrowymi ambicjami i śmiercią. Blomkamp pokazuje, że człowiek, to nie tylko wizjoner i wynalazca, ale także maszyna zdolna zabijać i niszczyć w imię podstawowych instynktów.

Od momentu w którym zeszliśmy z drzewa, przemoc towarzyszy nam w każdego dnia. Nie potrafimy uczyć się na błędach, a historia zatacza koło. Trochę jak w „Bożej maszynerii” McDevitta lub w „Fundacji” Asomova. Człowiek jest tylko człowiekiem.

ONA:

Nie umiem w sci-fi. Nie umiem, chociaż mam kilka wyjątków, które kocham. Nie jestem w stanie wyjaśnić dlaczego jedne filmy z tego gatunku mi podchodzą, a inne nie. Całkiem możliwe, że chodzi o ciężkość, o zawartość sci-fi w sci-fi (zupełnie jak z cukrem w cukrze).

Nie umiem też we współczesną muzykę. Zamknęłam się w tej mojej puszeczce i nie sięgam dalej niż Pearl Jam. Czasami się zdarzy, że coś tam, co maltretowane jest aktualnie w radio, odtworzę w domowym zaciszu, ale i tak wracam do moich starych, dobrych kolegów z Queen, Pink Floyd czy z Gunsów. Dzisiejszy film, który opiszemy, łączy oba te elementy. I sci-fi, do tego dosyć ciężkie i twarde oraz współczesną muzykę, której nie lubię. Dziś – „Chappie”.

Dawid kwiczał rozkosznie, kiedy pojawiły się pierwsze trailery najnowszego filmu Neilla Blomkampa. Ja za wszelką chciałam uniknąć tego dzieła, w obawie, że będzie ono zbyt podobne do „Dystryktu 9”, po którym miesiąc bolała mnie głowa. Więc po co poszłam na ten film? Bo ono bardzo podzieliło opinie. Jedni zachwycali się, inni kręcili głowami. Musiałam to sprawdzić na własnej skórze i tak – miałam ochotę wyjść z kina, ale nie dlatego, że film był zły, ale dlatego, że był naprawdę mocny. Dokładnie to samo czułam po historii „krewetek”. To jedna z tych produkcji, po których wstyd Ci, że należysz do gatunku ludzkiego. To jedna z tych produkcji, po których znienawidzisz cały świat, bo po raz kolejny zdasz sobie sprawę, że „Człowiek” wcale nie brzmi dumnie. To jedna z tych produkcji, która swoim metaforyzmem popsuje Ci głowę. Niezależnie, czy w „Dystrykcie 9”, czy teraz w „Chappie’m” myślałam o tym, że tym obcym/robotem mógłby być jakiś uchodźca, jakieś małe, przestraszone dziecko. Może staruszek, któremu najeźdźca plądruje ojczyznę. A może pies? Podczas sceny, w której Chappie jest zaatakowany kamieniami przez bandę oprychów, miałam przed oczami nie robota, a właśnie psa. Rozwyłam się totalnie, a to przecież sci-fi! Nie wypada beczeć na takich filmach!

Co mogę powiedzieć o dziele, o którym w ciągu ostatnich tygodni powiedziano już wszystko? Jest świetnie nakręcony, a Blomkamp, mimo, że jest twórcą specjalizującym się w kinie, za którym ja nie za bardzo przepadam, jest pieprzonym geniuszem. Jego dzieła są tak cholernie autentyczne, tak bardzo żywe, jakbym oglądała reportaż, wiadomości, dokument, a nie film fabularny. To, że osadza on fabuły w Johannesburgu nadaje mu dodatkowych smaczków. My jesteśmy przyzwyczajeni do wielkich stolic europejskich, ew. do dużych, amerykańskich miast. No, maks Meksyk. A tu? To tak dziwny i nietypowy kraj, a dorzucenie do niego obcych, czy robotów, daje genialny efekt. W „Chappie’m” najbardziej przeszkadzał mi Die Antwoord. O ile wydaje mi się, że rozumiem czemu oni pojawili się w tym filmie, to wcale nie muszą mi się te postacie podobać. Ich muzyka ma dla mnie taką samą wartość, jak dźwięk piły spalinowej, zmiksowany z wiertarką udarową, o 6 rano w niedzielę i do tego na kacu, ale przyznaję, że pomysł jest niezły. Nie doszukiwałabym się tam jakiś wielkich zapędów komercyjnych, dlatego, że grupa jest na fali, prędzej wydaje mi się, że to jakaś tam forma gloryfikowania miejsca, z którego pochodzą i z którego pochodzi też reżyser.

„Chappie” to nie jest zły film. Absolutnie nie jest dla wszystkich, ale myślę, że ludzie powinni tego typu dzieła oglądać, zanim na zawsze zatracą to, co mogłoby sprawić, że przynależenie do tego gatunku to przywilej, a nie wstyd. Ciężki film, będący bardzo alegoryczną opowieścią właśnie o człowieku. Efekciarstwo typowe dla sci-fi jest tu zupełnie niewidoczne i nawet dla sci-fi-fobów powinno być to dzieło do ugryzienia.