ON:
„Elektronicy” nie są moją ulubioną firmą z branży elektronicznej rozrywki. Ich model biznesowy nastawiony jest na zysk. Tak, to jest normalne, ale dlaczego ten zysk odbywa się poprzez walenie w koko i to bez gumy wszystkich graczy? Na to pytanie znają odpowiedź chyba tylko prezesi tegoż koncernu. Wyłączanie serwerów do gier sieciowych nawet kilka miesięcy po premierze, DLC wycinane z premierowych tytułów i sprzedawane na D1 jako nowa zawartość, brak wsparcia, brak dialogu z graczami, „onlajnowe” osiągnięcia, których nie można zdobyć – to normalka w przypadku EA. Nie ma się co dziwić, że po raz kolejny otrzymała tytuł najgorszej firmy.
Kiedyś było inaczej, firma była bardziej nastawiona na gracza. Starano się mu zagwarantować maksymalną obsługę klienta oraz jakość doznań płynących z rozrywki. W tych czasach powstały takie tytuły jak „Dead Space” czy „Mirror’s Edge”. Nie ukrywam, że najnowsze gry od EA także są produktami z górnej półki (przynajmniej ich część), ale często ich „konsumpcja” wiąże się z frustracją i niedowierzaniem jak bardzo wydawca ma w dupie klienta, gdy ten już zapłaci za produkt.
Dobra koniec narzekania. Wróćmy do konkretów, a dokładniej do wspomnianego wcześniej „Mirror’s Edge”. To tytuł za którym stoi ekipa EA DICE, odpowiedzialna między innymi za “Battelfielda”. Panowie postanowili zrobić grę jedyną w swoim rodzaju – FPS-a, będącego jednocześnie specyficzną platformówką. Jeszcze przed premierą marketingowcy narobili wokół tytułu tak wiele szumu, że każdy (w tym ja) zacierał ręce w oczekiwaniu na dzień, kiedy gra pojawi się na sklepowych półkach. Niestety, poprzeczkę podniesiono odrobinę za wysoko i wysportowanej Faith (głównej bohaterce) nie udało jej się przeskoczyć. Pierwszym powodem tego niepowodzenia był scenariusz. Napisany przez Rhianne Pratchett okazał się miałką i przewidywalną historyjką, będącą jedynie szkicem, mającym zapchać kolejne akrobatyczne sekwencje. Ogólnie chodzi o to, że w wyidealizowanym mieście przyszłości, władze kierują wszystkimi i wiedzą wszystko. Tutaj jedyną wartościową walutą jest informacja. Aby nie wpadła ona w niepowołane ręce, powstała grupa „wyspecjalizowanych kurierów”, zwanych Runners. To oni biegają i skaczą po dachach i ścianach drapaczy chmur, i w żółtych torbach przenoszą dane, za które klienci płaca ogromną kasę. Praca jest o tyle niebezpieczna, że jeden mały błąd tu w górze oznacza karę – śmierć. Faith jest jednym z takich kurierów. Okazuje się, że siostra bohaterki ma problem, gdyż podobno jest odpowiedzialna za zabójstwo kandydata na fotel burmistrza. Nasza wysportowana dama postanawia sprawdzić co się tak naprawdę stało. Oczywiście, będzie miejsce na zdradę i zwrot akcji, ale wszystko jest tak przewidywalne, że aż bolą zęby.
Po krótkim samouczku zapoznającym nas ze sterowaniem, zaczynamy rozgrywkę. Śledztwo Faith ściąga na jej kark zastępy służb mundurowych z całego miasta, bowiem coś śmierdzi i nie jest to spocona kurierka. Naszym zadaniem jest przemierzenie kolejnych budynków, jednocześnie unikając strażników oraz śmierci. Nic prostszego, co nie? Niestety, rozgrywka nie jest idealna. Główny problemem, jaki napotkamy, to błędne obliczenia odległości (problemy z perspektywą) i „tajmingów”. Czasami milimetry powodują, iż skok, jaki wykonamy, kończy się dla nas długim lotem w dół. Ułatwieniem jest zmysł kuriera, który podświetla na czerwono elementy otoczenia, mogące przydać się nam w popisach. Wachlarz ruchów jest skąpy, ale połączony w sekwencje pozwala nam się cieszyć naprawdę widowiskowymi akrobacjami. Naprawdę fantastyczne jest uczucie, gdy uda nam się zrobić kombinację bieg, skok, bieg po ścianie, obrót, skok, wdrapanie się na krawędź i znów bieg. Ponieważ mamy do czynienia z FPS, czasami wszystko wydaje się chaotyczne i za pierwszym razem może doprowadzić do zawrotów głowy, ale z czasem dochodzimy do perfekcji i wykręcamy coraz to lepsze czasy na kolejnych planszach. Dodatkowym plusem jest bardzo dobre udźwiękowienie i ścieżka dźwiękowa, ale to dość mocna strona większości gier od EA.
Pomimo błędów i niedociągnięć, pomimo średniej fabuły – „Mirror’s Edge” jest grą, która gości w top 10 najlepszych tytułów, w jakie kiedykolwiek grałem. Ja należę do tych, którzy Faith i jej akrobację pokochali i z wielkimi wypiekami czekam na kontynuację, bo może kiedyś zagości na naszych maszynach.
