ONA:
Prędzej uwierzę w to, że Dawid grając na konsoli nabiera umiejętności, które przydadzą się podczas zombie apokalipsy, niż w to, że istnieje miłość taka w stylu przeciętnej komedii romantycznej. Dla mnie to taka sama abstrakcja, co elfy, androidowcy zadowoleni ze swoich smartfonów, syn boży i to, że cygan białej kobiecie przynosi coś więcej, niż wstyd. Nie lubię komedii romantycznych z tego samego powodu, co nie przepadam za sci-fi. Dla mnie jest tam za dużo „nieprawdopodobnych” zbiegów okoliczności, a mój logiczny umysł je po prostu odrzuca, wypiera, nie akceptuje. Oczywiście, w obu gatunkach jest mnóstwo wyjątków. Nie napiszę po raz kolejny, że uwielbiam „Gwiezdne wojny”, ale napiszę, że film, który dziś zrecenzuję, oglądam patologicznie często, mimo, że jest równie ckliwy, jak Tom Cruise u Oprah. Dziś – „Holiday”.
Amanda (Cameron Diaz) mieszka w LA. Jest bogatą producentką trailerów filmowych, ma piękny dom, szacunek w branży i faceta, który bzyka swoją recepcjonistkę. Związek kończy się z hukiem. Iris (Kate Winslet) mieszka w małej wsi w Anglii. od lat zakochana jest w pewnym draniu, który właśnie się zaręczył z jakąś inną panną, ale ciągle miesza naszej drogiej Iris w głowie i do tego bezczelnie ją wykorzystuje. A ta na to przystaje, by tylko chwilę pobyć ze swoim oblubieńcem. Główne bohaterki nie znają się, ale za pośrednictwem pewnej strony internetowej, „wpadają” na siebie. Na tym portalu ludzie na całym świecie „wymieniają” się domami na jakiś czas. Kobiety sfrustrowane tym, co dzieje się dookoła nich, a szczególnie w ich życiu związkowo-miłosnym, postanawiają z dnia na dzień, że trzeba na jakiś czas zmienić otoczenie. I tak Amanda ląduje na wsi, a Iris w gorrrrącym Mieście Aniołów. Żadna z nich nie chce mieć do czynienia z jakimkolwiek facetem, chcą odpocząć, nabrać dystansu, ale oczywiście dzieje się zupełnie inaczej. Amanda „wpada” na brata Iris – Grahama (Jude Law), który jest zawadiacko przystojnym mężczyzną, skrywającym pewną tajemnicę, a Iris „zalicza” dwóch kolesi: starszego pana, Arthura i Milesa (Jack Black). Z Arthurem z miejsca łapią świetny kontakt. Dziewczyna pomaga mu poczuć jeszcze raz, na starość, wiatr w żaglach, a Miles… No cóż. Może i coś zaczyna iskrzyć, ale on ma dziewczynę…
Albo jestem hipokrytką, albo ten wyjątek potwierdza regułę. Mi się „Holiday” ogląda rewelacyjnie i tyle. Fabuła jest urocza, chociaż sensu w niej nie ma zbyt wiele. Jest fajnie zagrana, ale umówmy się – tu nie ma złych aktorów (tak, nawet Cameron Diaz), którzy są świetnie dopasowani do swoich ról. Bardzo podoba mi się wielowątkowość i jej prowadzenie, które nie męczy. Dla mnie, fanki kina, niewątpliwym plusem jest również to, że część „amerykańska” mocno związana jest z filmem, bo Amanda siedzi w trailerach, Miles tworzy muzykę, a Arthur pisał scenariusze. A część „angielska”? No nie ma co ukrywać, mi też marzy się taki domek na Różanym Wzgórzu, z ogniem w kominku, ciepłym kocem i godzinami spędzonymi z kolejną książką i herbatą.
*) Ta recenzja powstała pod wpływem hormonów. Obiecuję, że za 5 dni wrócę do sympatyzowania z sensacjami i wulgarnym, bezczelnym, chamskim humorem.
