ON:

Lubie horrory i lubię dobre komedie. Czasami zdarzy się niezłe combo, łączące oba te gatunki. Fenomenalnym dla mnie pod tym względem był „The Cabin in the Woods”. Podobał mi się on bardzo. Wszystko dlatego, że obraz ten przełamał konwencję. Dziś będzie o podobnym filmie. Nie jest on tak dobry, jak wspomniany „Dom w głębi lasu”, ale ma coś w sobie. Coś, co pozwoliło na chwilę relaksu przy litrach sztucznej krwi.

„Tucker & Dale vs Evil”, bo o tym dziele dziś mowa, jest kanadyjsko-amerykańską produkcją, mającą na celu wyśmiać wszelkiego rodzaju shlashery. Tytułowi panowie to wieśniaki pierwszej wody. Wiecie: flanelowe koszule, twarz myśleniem nieskalana, spodnie ogrodniczki. W całym swym redneckostwie są zupełnie niegroźni. Tacy dwaj kumple na zabój, którzy jadą do swojego wymarzonego domku letniskowego. Na miejscu okazuje się, że domeczek w lesie to straszna rudera, a poza tym ktoś, kto wcześniej w nim pomieszkiwał, nie miał do końca równo pod sufitem. W drodze do swojej hacjendy mijają samochód wypełniony studenciakami z wielkiego miasta. Ekipa nadmuchanych jak balon gówniarzy, którzy uważają się za lepszych od reszty świata tylko dlatego, że należą do stowarzyszenia Alfa, Beta, Dupa. Wiadomo: wyżej sra niż dupę ma.

Pech chce, że domek kumpli leży niedaleko kempingu studenciaków. Podczas jednego z wieczorów dochodzi do dość dwuznacznej sytuacji. Tucker i Dale ratują przed utonięciem jedną z dziewczyn. Jednak z punktu widzenia grupki znajomych panowie wciągali jej ciało na łódź. Od tej chwili postanawiają dopaść zwyrodnialców i wymierzyć im własnoręcznie karę. Następnego dnia rano, w czasie gdy Dale budzi oszołomioną dziewczynę, a później serwuje jej śniadanie, jej przyjaciele już szykują się do ataku.

Najśmieszniejsze w filmie są te same sceny widziane z dwóch różnych punktów widzenia. Przez to mamy całą masę pomyłek. Poza tym studenciaki są jeszcze głupsi niż w klasycznych, amerykańskich horrorach. Ci tutaj mają IQ 100. W sumie wszyscy razem. Każda kolejna minuta przybliża nas do coraz to większego absurdu i co ciekawe – nie przeszkadza nam to. „Tucker & Dale vs Evil” jest obrazem prześmiewczym, często głupim i absurdalnym, jednak nikt nie powiedział, że będzie inaczej. Założenie tego dzieła było właśnie takie – zrobić film, który wyśmieje amerykańskie produkcje. Trzeba przyznać, że częściowo to się udaje, ale warto powiedzieć, że jest to obraz dla wysublimowanego widza.

 ONA:

Tak to jest z tymi półdzikimi redneckami. Nie dość, że wąchają majtki własnych babć, pieprzą kozy i skrycie marzą o defloracji siostry, to jeszcze do tego najpewniej są po prostu rządnymi krwi psycholami, którzy w prymitywny, acz skuteczny sposób swoje ofiary pozbawiają życia. Tak już jest, że amerykańskie kino „grozy” często zahacza o wieś, gdzie psy szczekają dupami i z której najpewniej nie ma szans, by wrócić w jednym kawałku. No chyba, że jest się tym ostatnim szczęśliwcem, któremu udaje się zwiać, by opowiedzieć innym co tragicznego go spotkało.

Temat chwytliwy – sami przyznacie. Więc właściwie co się dziwić, że twórcy, którym bliżej do prześmiewczej komedii w typie parodii, niż do kina ambitniejszego, pokusili się o przeniesienie fabuły w takie miejsce, odosobnione i mocno podbite stereotypowym myśleniem. Oczywiście, nie ma tu co liczyć na jakikolwiek gust, dobry smak i subtelność. Za to – o ile takie dość tępawy i brutalny humor Was bawi – można się całkiem nieźle uśmiać.

Historia, którą Eli Craig nam przygotował i podał, dzieje się początkowo na dwóch płaszczyznach. Poznajemy bohaterów, których losy się połączą, ale to nie od razu. Zatem do dzieła. Mamy Tuckera i Dale’a – dwóch typowych wsiurów, którzy postanawiają spędzić trochę czasu razem, w domku w lesie. Mają go nieco wyremontować, połowić trochę ryb, wybić kilka bronków. Słowem: luz. Panowie się lubią i kumplują od dawna. Znają się na wylot i o dziwo – nie są parą. Mocno mnie to zaskoczyło, ale ja się po prostu za dużo naoglądałam „Brockback Mountain”. Jednocześnie w małej mieścinie pojawia się grupa studentów, którzy wpadli tu również na lekki czilax. Jak to bogate dzieciaki z miasta – wiejskiego życia nie zrozumieją, nie pokochają i traktują go jako formę dzikiej przygody, podczas której będą bzykać się w drewnianych chatach, przy ognisku, w lesie, na polanie, a wszystko oczywiście po znaczącym podlaniu alkoholem i w dowolnych konfiguracjach. Niestety, ani panowie, ani grupka bananowej młodzieży nie zaznają spokoju. Dlaczego? Bowiem na skutek różnych mniej lub bardziej durnych sytuacji jedni myślą, że drudzy chcą ich zabić, a drudzy – że pierwsi są jakimiś wariatami, którzy chyba chcą popełnić zbiorowe samobójstwo w bardzo efektowny sposób. Zaczyna się walka z czasem – walka o to kto przetrwa. A po drodze wychodzi jeszcze kilka smrodków.

Wiecie za co uwielbiam tego typu groteski filmowe? Za to, że one są właściwie lekkim wyolbrzymieniem tego, co przeciętnie dzieje się w filmach grozy. Zawsze musi być lider, idiotka, chicho-ciemny, zawsze jest ktoś, kto uruchamia morderczą machinę, zawsze ktoś ginie w średnio estetyczny sposób. Właściwie – większość ginie w średnio estetyczny sposób. Nie ma sensu napalać się na to, że to film z wyższej półki – tu wszystko jest beznadziejne, przekombinowane, sztuczne – ale tu to naprawdę ma sens. To parodia w pełni tego słowa znaczeniu. Chamsko, prześmiewczo, brutalnie. Tak tępy humor może momentami aż zmęczyć, ale oglądanie od czasu do czasu tego typu produkcji powinno być obowiązkowe. Dlaczego? Żeby wyłączyć mózg. Takie dragi, tylko niepowodujące