Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

La Migliore offerta

ONA:

Kiedy pod koniec gimnazjum robiono nam testy na „przydatność” do potencjalnego zawodu, moi nauczyciele mieli ze mną ogromny problem. Za bardzo znudzona historią i polskim, żeby być humanistką, za tępa na umysł ścisły. Pamiętam, że określono mnie jako typ humanistyczno-przyrodniczy, co właściwie się zgadza, bo i chłopcy wtedy pojawili się w moim życiu, i różnego rodzaju substancje stymulujące, ale nic więcej o tym nie napiszę, bo bloga czyta coraz więcej moich dzieci. Ale jest we mnie taka jedna rzecz, która „ratuje” mój humanizm. Lubię muzea. Z głową podniesioną wysoko oglądam dorobek ludzkości, nie potrafiąc pokonać wszechogarniającego zachwytu nad tym, co zrobił człowiek. Mój szacunek do sztuki w każdej formie jest ogromny. Nawet, jeśli jest to kościół. Kiedy więc przeczytałam kilka zdań o filmie, w którym sztuka odgrywa całkiem niemałe znaczenie, a główną rolę powierzono Geoffrey’owi Rush, którego bardzo lubię. Zatem – czas zacząć tę niebezpieczną grę.

Virgil Oldman jest dyrektorem domu aukcyjnego, a w branży cieszy się niesamowitym szacunkiem i uznaniem. Jest światowym ekspertem w dziedzinie sztuki. Styl życia, jaki wybrał dla siebie, sprawił, że jest on nieco ekstrawagancką postacią. Nie korzysta z cudów techniki, ma swoje standardowe, rutynowe działania i zdecydowanie woli otaczać się sztuką, niż ludźmi. Jest samotny. Starość i samotność to ciężkie połączenie. I wtedy w jego życiu pojawia się ona – Claire. Jeśliby porównać starca i tajemniczą kobietę, to on wypada przy niej jak ekstrawertyczna gwiazda, dusza towarzystwa, którą otaczają dziesiątki ludzi. Claire po śmierci swoich rodziców, zamknęła się na cały świat – dosłownie. W wielkiej willi, w której mieszka, znalazła sobie schronienie i przebywa tylko w jednym pokoju. Jako jedyna dziedziczka majątku, stała się właścicielką sporej kolekcji sztuki, której nikt dotąd nie wycenił. I ma w tym jej pomóc właśnie Virgil. Pomiędzy bohaterami sukcesywnie buduje się swoista więź. Budzą się w nich uczucia, o których dawno zapomnieli. Zostają kochankami, a my – po drugiej stronie wiemy, że coś tu śmierdzi.

„Koneser” to film o nieco zawikłanej, żeby nie powiedzieć przekombinowanej fabule. Dużo się dzieje w tym filmie, a jednocześnie nic. Całość jest takim eleganckim, wysublimowanym kryminałem, który ma w sobie jakąś tajemnicę i który osadzony jest w przepięknej scenografii. Świetnie ogląda się Rusha, a partnerujący mu aktorzy Jim Strugess, Donald Sutherland i Sylvia Hoeks wypadają również nieźle, chociaż do głównego bohatera im daleko. Gdyby tej całej grze, tej tajemnicy nadać nieco żwawszego tempa, film byłby intensywniejszy. Ale wiecie co? Ta opowieść snuje się w sposób mega melancholijny, klimatyczny. To jeden z tych filmów, który buduje emocje subtelnie, a po organizmie rozlewa się jak dobre wino.

Potrzebowałam takiego filmu. Piątkowy wieczór spędzony z „Koneserem” był idealnym wyciszaczem, uspokajaczem i ukojeniem po zwariowanym dniu, tygodniu, miesiącu. Warto go obejrzeć, bo jest wielowymiarowy i nieoczywisty w swojej oczywistości.