ON:

Stany Zjednoczone to nie tylko piękny i majestatyczny Nowy Jork, czy słoneczna i ciepła Kalifornia. To także „Pas Rdzy” na północy i podupadłe i wyniszczone południe. To dziury, które są skazą na obliczu tego dumnego kraju. Gdy przestudiujemy mapę znajdziemy wiele takich miejsc, o których nikt nie słyszał, gdzie życie się toczy własnym tempem. Te mieściny, ukryte gdzieś za linią drzew lub pośrodku pól, nie oferują nic. Niedobitki mają pracę i wiążą oni koniec z końcem, a reszta szuka zapomnienia na dnie butelki. Właśnie o takiej Ameryce, w której amerykański sen to mrzonka, opowiada „Joe”.

Tytułowy Joe to postać tajemnicza. Niby ma swój interes, ma pod sobą ludzi, ale jego dom wygląda jak ruina. Na pewno jednym z powodów jest brak kobiecej ręki, która ogarnęłaby ten bajzel, jednak jedyna potencjalna kandydatka jest prostytutką w dość niemiłej burdel-dziurze. Związek jaki łączy Joe’a z tą kobietą jest bardzo specyficzny i brudny, jak koryto rzeki Missisipi. Mężczyzna ten należy do grona kolesi, którzy nie dają sobie dmuchać w kasze. W pewnym momencie dowiadujemy się, że nie są mu obce więzienne kraty, że ma na swoim koncie już kilka grzeszków, a jego życie nie należało do najłatwiejszych. Pomimo tego wszystkiego Joe stara się ogarnąć to, co mu pozostało. Można powiedzieć, że mu się to udaje. Ma poważanie wśród swoich pracowników, możliwe, że dlatego, iż jest uczciwym pracodawcą i na dodatek płaci dniówki, co w tych rejonach należy do rzadkości.

Drugą postacią tego dramatu jest 15-to letni Gary. Chłopak, który pomimo tak młodego wieku wie co to wpierdol. Ojciec alkoholik, matka non stop na krawędzi pomiędzy piciem, niebytem, totalną olewką i siostra, która cały czas jest nieobecna. Na nią cała sytuacja wpłynęła najbardziej. Zamknięta w sobie, kontaktuje się z zewnętrznym światem w tylko sobie zrozumiały sposób. Rodzinny dom Gary’ego jest ruderą, która bardziej przypomina budynek do rozbiórki zamieszkały przez bezdomnych, niż mieszkanie dla czwórki osób. Wade, bo tak zowie się „kochający” ojciec, non stop jest zalany tyle, że jego alkoholizm wszedł na etap nieustającej delirki, która dodaje mu sił i agresji. Gary nie raz i nie dwa dostał po pysku tak, że nakrył się nogami. Dostał tylko dlatego, że coś nie podobało się jego ojcu. Nastał jednak czas, który ma wszystko zmienić. Nastolatek postanawia zacząć pracować, zarobić kasę i wyrwać się z tego miejsca. Jedyną osobą w okolicy, która może dać mu zatrudnienie jest Joe.

Tak oto zaczyna się dość specyficzna „przyjaźń” pomiędzy dojrzałym mężczyzną i wchodzącym w dorosłe życie chłopakiem. Wydarzenia z życia Joe’a przeplatają się z tymi, które kształtują młodego człowieka, a trzeba przyznać, że nie ma on lekko. Południe stanów, takie które pokazane jest tutaj, było bardzo dobrze widać w „Mud”. Jednak tam historia płynęła jeszcze wolniej, niż ta opowiedziana w „Joe”. Senność nawiązuje trochę do “szybkości”, z jaką toczy się tutaj życie. Nawet pojedynki, bójki i śmierć jest powolna.

“Joe” jest filmem ciężkim. Opowiada o dojrzewaniu, o problemach dorosłych, które spadają na barki młodych. To także historia o wielkiej przyjaźni, prawdziwej i męskiej takiej, gdzie dwaj faceci stają ramię w ramię, aby przeciwstawić się wrogom i walczą do ostatniej kropli krwi.

Mnie dzieło Davida Gordona Greena urzekło. Oczarowało smutkiem, spokojem, Ameryką, jakiej nie znamy, jaka chowa się gdzieś daleko na poboczach autostrad, w maleńkich miasteczkach, które zawsze omijamy z daleka.

 ONA:

Często okazuje się, że nawet z pozoru oklepane fabuły i pomysły filmowe, mogą nadal zachwycać i mimo wszystko pokazywać coś z nowej perspektywy. Oglądając film „Joe” pierwszym skojarzeniem było „Gran Torino” – tam również główną relacją jest ta pomiędzy starszym, doświadczonym facetem, a młodym chłopcem, który desperacko potrzebuje męskiego autorytetu. Jednak w produkcji Davida Gordona Greena jest mimo wszystko nieco inaczej.

Joe (Nicholas Cage) to drwal, który wiedzie życie typowe dla stanów południowych. Ciężka praca, którą wynagradza sobie alkoholem i papierosami, szorstkie obycie i życie, które bardziej przypomina zaakceptowaną wegetację, niż cokolwiek innego. W takich miejscach wszystko jest inne, moralność jest inna, światopoglądy są inne i albo się dostosujesz, albo – no cóż… Życie „hartuje”, buduje półpancerz, który wrasta tak głęboko, że w pewnym momencie człowieczeństwo totalnie się wykrusza. Ale wracając do Joe’go – ten były skazaniec, który bardzo chce wrócić na dobrą drogę życiową, pewnego dnia poznaje gówniarza, młodego chłopca – Gary’ego. Pętnastolatek pojawia się w mieścinie ze swoją dość dziwną i pokręconą rodziną, w której tylko on wydaje się być „normalny”. Zaczyna pracować dla tytuowego bohatera, a my z każdą kolejną sceną zagłębiamy się w historiach obu facetów. I obie są ciężkie. Ale o ile Joe jest dorosły i wiele spraw potrafi zaątwić sam, czasem przy użyciu siły, czasem słowami, o tyle Gary staje w obliczu tragedii. Jego ojciec jest pijakiem. To już nawet nie jest „alkoholik”, tylko moczymorda, która dla flaszki jest w stanie zrobić wszystko: kraść, sprzedać córkę, a nawet zabić. To słaby autorytet, przyznacnie, dla młodego chłopca, który nie tylko szuka swojej życiowej drogi, ale i chłonie wszystko – w tym zachowania i emocje, jak gąbka.

„Joe” to film ciężki. Nawet po seansie trudno go zrzucić z barków, bo on po prostu przygnębia. Wszystko w nim jest mocne, brudne i złe, a dobra jest tak mało, że co prawda wystarcza, by nie popełnić samobójstwa podczas seansu, ale i tak widza dopada dół i refleksja. Wszystko w tym filmie jest ciężkie i smutne. N. Cage w roli tytułowej spisał się bardzo dobrze. Jego postać jest taka, jaka być powinna, aczkolwiek sama historia nieco ją spłyca. To nie jest film, po którym należy się spodziewać słodkiej, radosnej opowiastki, z ckliwym happy endem. Wiemy co czai się bezpośrednio przed napisami. Ale surowość postaci, połaczona z klimatem, bardzo okrutnym i obdzierającym z godności daje nam kino ciężkie do strawienia, ale nadal dobre. Z tego obrazu wyłania się wiele refleksji dotyczących człowieka, tego do czego jest w stanie się posunąć, tego jak bardzo może mu zależeć na „dobrym” życiu i tego jak ważny jest mentor.

Polecam, ale nie na zły dzień.