Jungle – recenzja

Jungle - recenzja1

Jestem pod względem podróżowania – próżną księżniczką. Muszę mieć wygodę, czysty kibelek, dobre jedzenie i wygodne łóżko. Mam wrażenie, że czas spania na podłodze, przykryta kocem i mycie zębów w rzecze minął, chociaż patrząc, na moje zupełnie prywatne doświadczenia – nigdy nie miał miejsca. I proszę mi nie wmawiać, że to jedyny sposób na przygodę! Mam wiele innych pomysłów, przy czym żaden nie zakłada, by boso dreptać po dżungli i jeść robale, które chodzą po listku, który to przyda się albo jako ekologiczny „talerzyk”, albo jako forma podcieracza do dupy. Więc gdy oglądałam „Jungle” cały czas chodziło mi po głowie jedno zdanie… „NA CHUJ TAKIE PRZYGODY?!”

Jungle – recenzja

O borze, wisienką na torcie jest to, że ta historia wydarzyła się naprawdę… Te mrówki… Brrr!!! Już się cała drapię!

Oto i mamy czterech kumpli, 1981 rok, boliwijską Amazonię. Panowie chcą zanurzyć się w lesie deszczowym i kto wie, może odkryć jakieś nieznane rejony albo chociaż sens życia (czyt. złoto). Rdzenni mieszkańcy tych terenów ostrzegali, że trasa, którą wybrali nasi bohaterowie, jest ciężka i niebezpieczna, ale ci uznali, że podołają. Spakowali więc jakieś pierdoły i ruszyli. I nie szło im zbyt dobrze. Byli słabo zaopatrzeni, a dzika przyroda nie dawała za wygraną. Wkrótce wydarzyło się coś, co sprawiło, że grupa musiała się rozdzielić. A potem nasz główny bohater został w dżungli sam. Okej, nie sam. Z dziką zwierzyną i mrówkami.

Jednym z tej czwórki był Yossi Ghinsberg, który – jak można się domyślać, przeżył i z tej historii stworzył książkę, którą następnie zekranizowano. W filmie gra go Daniel Radcliffe, który ambitnie podszedł do zrzucania z siebie etykietki Harry’ego Pottera i robi co może, by grać role wymagające sporo (ot, na przykład rozkładające się zwłoki w „Swiss Army Man”). Tu, cała ta jego kreacja, jest wycieńczająca, męcząca, narkotyczna, halucynogenna i… to jest wspaniałe!

O matko! Jaki ten film był dziki! Jaki on był porypany w tym najlepszym znaczeniu! Co tam się działo?! I te mrówki wszędzie, wgryzające się w coraz chudszego, coraz bardziej wycieńczonego Harry’ego Pottera! Historia wspaniała, która utwierdza mnie tylko w moim zachowawczym przekonaniu, że przygody – owszem, ale co najwyżej na Czantorii.

Film jest bardzo przyjemny. Jest dziwny jak cholera, ale ogląda się go w zaciekawieniu, szczególnie, że główny bohater – wykończony swoimi „przygodami” w dżungli, ma niezłe halucyny i czasami nie jest wiadome, co dzieje się w jego głowie na serio, a co nie. Dzikość bije z każdego fragmentu tego dzieła.

Co prawda mam wrażenie, że to film na raz – bo przy kolejnym oglądaniu już nie zrobi takiego wrażenia, ale i tak warto!

Tagi: Jungle – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad