Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Kingsman: Złoty krąg – recenzja

Kingsman: Złoty krąg - recenzja

Aj, na pierwszych „Kingsmanach” bawiłam się wybornie! Nie wiedziałam kompletnie czego się spodziewać, a dostałam film idealny! Zabawny, z charakternymi bohaterami, przepełniony akcją, dopieszczony w każdym detalu. Przebierałam girami mocno, gdy okazało się, że jesienią 2017 miała do kin wejść kolejna część. No i proszę! Jest! A raczej była, bo ja mocno w niedoczasie jestem. Dziś – „Kingsman: Złoty krąg”.

Kingsman: Złoty krąg – recenzja

I zacznę od razu od mojej oceny: pierwsza część była super, ale ta druga… no ona urywa dupę! Dawno nie bawiłam się tak dobrze na filmie, który w swojej fabule jest bardzo prosty i banalny. Moim zdaniem Kingsmanów śmiało można włożyć pomiędzy „superbohaterów”, a pod wieloma względami są oni lepsi, niż te wszystkie batmany i ajonmeny.

Najbardziej podobały mi się zaskoczenia i zwroty akcji. I Elton John. I Julianne Moore, ale o nich za moment.

Eggsy i jego kumple w nienagannie skrojonych garniakach mają niezły problem. Na skutek małego niedopatrzenia, wroga im organizacja przejmuje setki danych, a w tym… lokalizacje. Skończyło się to gigantyczną rozpierduchą. W takiej sytuacji na ma wyjścia, trzeba podkulić ogon i odezwać się do „konkurencji”. Zza wielką wodą.

Od czego mam zacząć, hem? Może od tego, że ja – serio – nie widzę w tym filmie wad? On jest mistrzowsko zagrany. Colin Frith to klasa sama w sobie. Mark Strong z takim głosem może pobudzać jednocześnie wszystkie jajniki świata i doprowadzać do zbiorowej owulacji. Jeff Bridges, czyli Józef Mostowiak, jest idealny w takich rolach. Trochę redneck, ale cwany i ogarnięty. Z łychą w szklance, w skórzanym fotelu, z mocną fortecą własnych zasad i przekonań. Channing Tatum też daje radę, chociaż ja mam z nim takie małe marzenie (nie fantazje!), by do cholery zagrał w kolejnym Jump Street!

W filmie pojawia się też Halle Berry, ciągle przepiękna, ale jeśli chodzi o kobiecy wątek, to Juliane Moore w roli tej złej, jest PERFEKCYJNA! Przepiękna Poppy ma swoje „małe”, narkotyczne królestwo, a jej współpracownicy wiedzą, że za nieposłuszeństwo mogą stać się… hamburgerami.

No i Elton! Wiecie, że tu serio gra Elton John? I do tego gra samego siebie. Nieco zdziadziałego, ekscentrycznego gwiazdora, który lubi walnąć w nosek. Ale nadal gra jak zły!

I jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że Kingsmani na zawsze będą moimi „perełkami”, to stylizacja – dosłownie – wszystkiego. Ten film cieszy oczka.

Muzyka, obsada, scenariusz, wykonanie – jak dla mnie 10/10 i love na zawsze!

Tagi: Kingsman: Złoty krąg – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów