ONA:
Dziś zacznę od definicji, którą skopiowałam bezczelnie z Wikipedii…
„Martyrologia (gr. martys = świadek, łac. martyr = męczennik) – termin oznaczający cierpienie, męczeństwo.
Literatura martyrologiczna ukazuje obrazy wojen i walk od strony ich ofiar, eksponując poświęcenie walczących w imię wyznawanych idei i wartości: wiary, ojczyzny, dobra, sprawiedliwości, prawdy itp.”
Oczywiście ten termin obejmuje też inne obszary ludzkiego dobytku, w tym malarstwo, rzeźbę i… film. I idąc tym tropem doszłam do wniosku, że nasza rodzima kinematografia to jedno, wielkie męczeństwo. Moją teorię potwierdził kolejny polski film o wojnie.
Tym razem zupełnie nie będę wypowiadać się o fabule. „Kamienie na szaniec” są lekturą, historia jest znana, żeby nie użyć słowa „oklepana”, bo tymi tragicznymi wydarzeniami szafuje się na prawo i lewo, wręcz wyciera się nią mordy, szczególnie w okolicy pierwszego sierpnia każdego roku. Mamy Warszawę w 1943 roku. My już wiemy co się działo i jakie były tego skutki – oni, Ci wszyscy młodzi i starsi żyli w nadziei, że piekło się skończy. Guzik. Piekło dopiero nadejdzie. „Posłuchajcie opowiadania o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach, o niezapomnianych czasach 1939 – 1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy. Posłuchajcie opowiadania o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia, których czyny i rozmach wycisnęły piętno na stolicy oraz rozeszły się echem po kraju, którzy w życie wcielić potrafili dwa wspaniałe ideały: BRATERSTWO I SŁUŻBĘ”.
Mieli nieco ponad 20 lat, kiedy wraz z innymi postanowili przeciwstawić się okupantowi. Zorganizowani pod harcerskim orężem robili co mogli. Aż w końcu zaczęli chcieć czegoś więcej, niż tylko pisania po murach i kolportowania gazetek. Oni chcieli po prostu zabijać wroga… Niestety, po jednej z akcji w ręce nazistów trafił Rudy (Tomasz Ziętek), a jego przyjaciele i bliscy, na czele z Zośką (Marcel Sabat) postanawiają go odbić za wszelką cenę, zanim będzie za późno. W historii nazwano tę akcję „Akcją pod Arsenałem” i to przede wszystkim ona stanowi tło wydarzeń w filmie.
Robert Giliński, reżyser całego przedsięwzięcia, miał ciężki orzech do zgryzienia. Jak pokazać historię, którą znają wszyscy w taki sposób, by była interesująca i co najważniejsze – niosła jakieś wartości? Nazwijcie mnie naiwną, ale ja potrafię w każdym filmie, nawet w „Rekinie cycojadzie” znaleźć to „coś” dodatkowego, to spoiwo, które powinno dać widzowi do myślenia. W Polsce nie ma roku, w którym nie powstałby jakiś film o wojnie. Mi wychodzi to już naprawdę bokiem, bo ileż można wałkować te same tematy. Niebawem skończą się pomysły, ale wtedy będzie dobra okazja ku temu, żeby starsze produkcje odświeżyć i nadać im nowego ducha. Giliński zabrał się za ekranizację książki Kamińskiego, a ja gdzieś w połowie filmu, kiedy zaczyna dziać się naprawdę źle, powiedziałam do Dawida, że ten film jest dobry. Bo jest. Bo mimo tego, że znałam fabułę i z historii, i z powieści, odkryły się przede mną zupełnie nowe wrażenia. I to, co mi się niezwykle podobało, zostało bardzo mocno skrytykowane przez właściwie każde możliwe środowiska, od harcerzy, po prawicowców. Bo jak to? Harcerz, który strzela? Harcerz, który jak najbardziej zdrowe i typowe dla swojego wieku pociągi? Przecież to w prawicowym myśleniu jest nie do przyjęcia! A tymczasem młodzi mężczyźni byli tacy, jacy powinni, a poza tą całą durną wojną, była namiastka normalnego życia, przyjaźni, miłości. Twórcom zarzuca się również nie trzymanie się ściśle faktów, ale to moim zdaniem jest banałem, który nie zasługuje na uwagę. Tu najważniejszy jest przekaz: przyjaźń i poświecenie w walce o wolność. Honor i waleczność okazały się najsilniejszymi z pociągów. Był strach, było ryzyko, ale nie było do pomyślenia by odpuścić, by poddać się i zrezygnować. Aż po ostatnie chwile, które przecież nadeszły tak szybko…
Ten film jest cholernie ciężki. Jest cholernie brutalny i obdziera ze złudzeń.Tak jak napisałam – nie chcę skupiać się na ocenie fabuły, bo nie potrzebuję do szczęścia gównoburzy, ale pod względem technicznym nie mogę się doczepić do czegokolwiek. Aktorzy grają dramatycznie i wzruszająco. Grają dobrze, zarówno ta stara gwardia, jak i ci młodzi. Patos wylewa się, ale trudno żeby było inaczej. Technicznie – kawał dobrej roboty. Paweł Edelman zastosował wiele „sztuczek” by nas, widzów, wywalić na lewą stronę. Spodziewałam się kolejnego gniota, a dostałam dobry film. Bo wiecie, dobry film to nie tylko taki, który ma super aktorów, świetną fabułę i który przykuwa uwagę. Dobry film to przede wszystkim taki, po którym zaczynasz myśleć i analizować to, co właśnie zobaczyłeś.
ON:
Po premierze „Kamieni na Szaniec” zrobiło się głośno na forach internetowych. Rozpoczęła się nagonka na reżysera, którego wyzywano od bydlaków. Zarzucono mu między innymi wyzucie z bohaterstwa i spłycenie obrazu do granic możliwości. Czy tak jest naprawę?
Książkę Aleksandra Kamińskiego pamiętam już bardzo pobieżnie, ale ponieważ opowiada ona o prawdziwych wydarzeniach można bez problemu poszukać więcej informacji na temat tego, co wydarzyło się pod Arsenałem oraz w dniach późniejszych. Szybko zdamy sobie sprawę, że nie wszystko co zawarte jest w filmie pokrywa się z książką. Czy jednak jest to powód, który ma stawiać dzieło filmowe pod ścianą krytyki? Chyba nie. Nikt bowiem nie planował stworzenia filmu dokumentalnego.
Problemem jest jednak coś innego, mianowicie po raz kolejny mamy do czynienia z obrazem opowiadającym o wojnie. W polskiej mentalności zawsze będziemy narodem, który mysi się za coś „bić”. Mamy w sobie tyle miłości do naparzania się z nieprzyjacielem, że tłukliśmy się na różnych frontach. Dziś możemy spotkać się z opiniami, że w 1939 roku należało postąpić inaczej i zawiązać sojusze z innymi krajami. Niestety, nie czas płakać nad rozlanym mlekiem. Czasu nie cofniemy, a co się stało, to się nie odstanie.
Fabularnie „Kamienie na Szaniec” nie opowiedzą innej historii niż ta znana z kart książki oraz z historycznych faktów. Niestety, opowie ją w trochę inny sposób i to właśnie stało się powodem do fali krytyki. Gdy spojrzymy na inne produkcje szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że porównując obraz Roberta Glińskiego może się podobać i wyjść obronną ręką z pojedynku na polskie filmy wojenne. Przede wszystkim przez sposób pokazania wojny, jej brutalności i złożoności. Dostosował ją jednak do współczesnego odbiorcy, młodego widza, który wychowany na coca-coli i chrupkach może mieć problem ze zrozumieniem dlaczego walczący chcieli ginąc za kraj, który teraz daje im coraz to mniej. System wartości się przesunął w innym kierunku i dla gimnazjalistów 19-latek z pistoletem w ręku nie jest superbohaterem, bo jest nim np. Ironman. Może dlatego „Kamienie” stylizowane są na zachodnie kino. Ma w tym swój udział Paweł Edelman, który czuwał nad tym, aby zdjęcia do tej produkcji były odpowiednio dynamiczne. Efekt jest naprawdę bardzo dobry.
Osobiście nie uważam, że film Glińskiego jest arcydziełem, ale trzeba przyznać, że warsztatu tutaj nie brakuje. Jeśli znajdziecie chwilę wolnego czasu, to obejrzyjcie tą sfabularyzowaną historię. Zróbcie to nawet tylko po to, aby zobaczyć, jak może wyglądać polski film wojenny.
