ONA:

Moim ostatnim polskim filmem, który obejrzałam w kinie, był „Wyjazd integracyjny” – film, który jest dowodem na to, że „wszyscy artyści to prostytutki”, a Frycz, Karolak, Glinka, Kot, Figura, Orzechowski, Topa, Zbrojewicz, Gonera, Halama, Czajka, Boberek Dybik, Buczkowski i cała reszta musieli nabrać jakiś gigantycznych kredytów i teraz muszą je za coś spłacać, bo inaczej nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego dobrzy aktorzy mogli zagrać w takim gównie. Dlaczego piszę o tym właśnie teraz? Bo tak się (nie)szczęśliwie składa, że po raz kolejny temat wyjazdowej imprezy służbowej zainspirował jakiegoś tam reżysera i jakiegoś tam scenarzystę. Dodatkowo z jakiegoś dziwnego powodu twórcy postanowili do współpracy zaprosić Jean-Claude Van Damme’a. I co z tego powstało? Gówno. Dosłownie. „Obóz integracyjny” i „Wyjazd integracyjny” to taki sam rodzaj filmowego wymiotu. 

Oczywiście mamy typowe korpo ze swoimi korposzczurkami. Są lenie, są dupeczki, są osoby z przerostem ambicji i takie, które trafiły tam zupełnie z przypadku. Są cwaniaki, buraki, dziwaki – jak w przeciętnym społeczeństwie. Kierownik, chcąc zintegrować swoją załogę, wysyła ich na wyspę – tam mają nauczyć się działać w grupie. Żeby oczywiście nie  skazać ich na rychłą śmierć w głuszy, dostają przewodnika – Storma (Van Damme). Na miejscu na dzień dobry umiera pilot. Trudno się mu dziwić, bo miał on z 300 lat. Przerażone koropszczurki dzielą się na skutek różnych zawirowań na dwa obozy. Większy, na czele z Philem, któremu zdrowo odbiło i który za pomocą orgii i zdobytych na miejscu środków odurzających zyskał sympatię niejednej osoby i mniejszy – pod dowództwem Chrisa, któremu jednak zależy, by z tej wyspy uciec i to w miarę szybko, bowiem „ekipa” kolegi w narkotyczno-seksualnym amoku zaczyna mieć coraz większe odpały, na czele z kanibalizmem.

Eh. Poważnie, naprawdę wzdychnęłam, bo teraz jest ten moment, kiedy mam napisać co mi się w tym filmie podobało, a co nie. Podobało mi się najbardziej to, że się skończył. Nie podobało to, że się zaczął. To dzieło jest denne, nudne i żałosne. To ponoć jest komedia, tylko szkoda, że podobać będzie się jedynie opryszczonym gimbusom z bluzą z napisem „Prosto”, bo widać tam kawałek cycka. Ktoś chciał dobrze, bo podejrzewam, że miała to być produkcja „bez trzymanki”, tylko niestety, wyszło nędznie. Fabuła jest oklepana, banalna i przewidywalna, gagi ograniczone są do czynności fizjologicznych. Także ten, ja odradzam. Już chyba wolałabym obejrzeć jakąś skretyniałą parodię typu “Nawiedzony dom”.

ON:

„Obóz integracyjny” miał być rewelacyjną komedią, tak przynajmniej można wnioskować z trailerów, które pojawiają się przed kinowymi premierami. Nie dajcie się zmylić, to przecież film, w którym gra Van Damme. To smutne, gdy gwiazdor kina lat 80-tych i 90-tych, który skopał wiele tyłków, musi grać w takiej klasy filmie.

Chris to typ firmowego głupka. Szef ma go w dupie, kobiety olewają, a przełożony podpierdziela jego pomysły. Każdy dzień w corpo to męka, jakiej nie należy życzyć nawet największemu wrogowi. Gdy już wydaje się, że nie może być gorzej, to okazuje boss wysyła go raz zresztą pracowników na przymusowe szkolenie w dżungli. Przeprowadzi je niejaki pan Storm (Van Damme) i zrobi to po to, aby pracownicy nauczyli się pracy zespołowej oraz przywództwa.

Już sam początek tego „wspaniałego vojadżu” jest tragiczny. Umiera pilot, który miał zabrać ich z powrotem z niewielkiej wyspy, na której wylądowali, a później tygrys atakuje pana Storma. Od tej chwili pracownicy pozostali sami, zdani tylko na własne siły. Dość szybko zaczynają tworzyć się grupy, a przełożony Chrisa ma ogromy problem z tym, że chłopak posiada wiedzę, która może wszystkim uratować życie. To przecież nie on ma być gwiazdą. Konflikt narasta i ewoluuje, dochodzi do tego, że Chris wraz z trójką innych osób opuszcza obóz i przenosi się na drugą stronę wyspy. W tym czasie w starym siedlisku pozostaje jego przełożony, któremu odpierdoliło, i który stara się stworzyć własną komunę, gdzie będzie bogiem. Można powiedzieć, że mu się to udaje. Jego „plemię” ćpa, urządza orgie i ma wyjebane na cały świat.

W całej opowieści znajdzie się kilka, dosłownie kilka scen, które mnie rozśmieszyły. Między innymi nawiązanie do „Czasu apokalipsy”. Reszta woła o pomstę do nieba. Aż dziw bierze, że w takiej kupie gra bohater mojego dzieciństwa JCVD – szkoda.

Film ten jest po prostu żenująco słaby, przewidywalny i głupi. Mi jest zaś niezmiernie przykro, że Paulina musiała to obejrzeć, bowiem to ja uparłem się na ten seans.