ON:

Kasię, czyli Kate Bush, pokochałem kilka lat temu. Wszystko za sprawą najlepszego boxa, jaki mogłem sobie wymarzyć: „This Woman’s Work”, czyli antologii piosenkarki. Po ostatniej płycie Kate gdzieś zniknęła i na 12 lat zachowała milczenie. A potem przywitała świat dwupłytowym „Aerial”. Niepozorny, żółto-pomarańczowy digipack, kryje niesamowitą porcję energii, która ociera się o bajkowe klimaty, a jednocześnie jest realna jak diabli. „Aerial” według mnie jest najlepszą płytą w karierze piosenkarki i na razie nic nie sugeruje, że ma się to zmienić.

Dwa krążki zamieszczone w opakowaniu mają oddzielne tytuły. Pierwszy to „A sea of honey”, na którym znajduje się 7 utworów, drugi zwie się „A sky of honey” i zawiera jedną, ale trwającą aż 42 minuty kompozycję. Chociaż oba krążki róznią się zawartością i treścią, to stanowią jakby jedną całość i nie wyobrażam sobie istnienia jednej połowy tej płyty bez drugiej. „Aerial” jest płytą o radości, o aspektach codzienności, które powodują, że jesteśmy szczęśliwi, a szczęście mogą nam dawać przeróżne rzeczy…

„A sea of honey”

Ta część albumu zaczyna się od wyjątkowego dla mnie, ale często niedocenianego przez krytyków „King Of The Mountain”, który jest wspomnieniem jedynego króla, jakiego zna muzyka – Elvisa. Znajdzie się tu nawiązanie do „Citizen Kane” Orsona Wellsa. To piękna i chyba najbardziej dynamiczna opowieść na tej części płyty. Kolejny utwór to „Pi”, opowiadający o mężczyźnie mającym fioła na punkcie liczb, a dokładniej na liczbie Pi. „Bertie” to zaczynająca się klawesynowymi dźwiękami ballada o Bertiem, synu artystki. To także hołd dla macierzyństwa, które przynosi artystce wiele radości. Jej syn pojawia się później jeszcze wiele razy na drugim krążku. „Mrs. Bartolozzi” to spokojna opowieść, wręcz bajeczna o pani domu, która sprząta dom i pierze pranie swojego ukochanego. Odnajduje ona szczęście w tym, jak bęben pralki kręci się i doprowadza ubrania do czystości. Głównym bohaterem jest właśnie ta pralka. „How to be invisible” jest najbardziej „elektronicznym” kawałkiem, który ma równy rytm, wspierany gitarami, a co jakiś czas pojawiają się sample, które nadają całości dużą nutę nowoczesności. Tą część zamykają Joanni piękna ballada o Joannie D’Arc oraz fortepianowy „A colar room”.

„A sky of honey”

Kate Bush pokazała w tej części „Aerial”, że jest niedoścignioną artystką i że „A sea of honey” to tylko wstęp do czegoś wielkiego. Tym czymś jest 42 minutowa suita, która dzieli się na dziewięć tematów. Wszystko jednak połączone jest w całość, nie ma tu niepotrzebnych wyciszeń i przejść. „A sky of honey” to opowieść o powietrzu, ziemi, wodzie, to radość z codziennego życia. Każda minuta naszej egzystencji, to niesamowity cud. Głównym wątkiem są ptaki, stworzenia, o których wspomina też mały Bertie. Ptaki są czymś, co Kate w pewien sposób uwielbia. Na okładce znajduje się bowiem graficzny zapis fali dźwiękowej śpiewu kosa, który artystka kilka razy naśladuje właśnie na „A sky of honey”. Okładka sugeruje także, że niebo i ziemia są ze sobą na stałe połączone. Zjednoczone wszechobecnym dźwiękiem.

Głos Kate Bush jest tutaj niesamowity. W studiu podczas nagrania wspomagał ją tłum przyjaciół, między innymi był tutaj obecny Lol Creame znanym z 10CC oraz Gary Brooker z Procol Harum, który wspiera artystkę wokalem i Hamondem.

„A sky of honey” kończy mocny finał, którego nie zapomina się już nigdy. Szkoda tylko, że nie można zaśpiewać go samemu, ale kto ma taką skalę głosu jak Kasia? Ja na pewno nie. Dla mnie „Aerial” to niedoścignione dzieło, którego nie da się skopiować. W moim osobistym rankingu płyta, która swobodnie może otrzymywać oceny 10 na 10. Jeden z albumów, który mógłbym zabrać ze sobą na bezludną wyspę.