ONA:

Kiedy w kinach pojawiły się trailery do najnowszego „Mad Maxa” Dawid prawie dochodził i kwiczał z radości, a ja – z przerażenia, bo on przecież na bank będzie chciał pójść na ten film. Dwie godziny z post apokaliptycznym sci-fi. A do tego to przecież odgrzewany kotlet. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Części z Melem Gibsonem „kojarzę” z „Mega Hitu” na Polsacie, ale ja zawsze wolałam Bruce’a Willisa. Jednak im bardziej zgłębiałam się w historię Maxa, im więcej czytałam na temat tej historii, jak i samego reżysera, George’a Millera, tym większa ciekawość we mnie buzowała. A gdy dostaliśmy akredytację na Festiwal Cropp Kultowe, który po raz 18. odbywa się w Katowicach i podczas którego po raz pierwszy w Polsce pokazany będzie ten film, to wiedziałam, że piątkowy wieczór spędzimy wybitnie dobrze…

Ziemia umarła. Człowiek ją zabił, wyssał z niej wszystko, co dawało życie. Został piach i świadomość, że już nigdy nie będzie tak dobrze, jak było. Ci, którzy przetrwali, żyją na granicy śmierci, która szyderczo kpi i nie chce przyjść. Nie ma wody, nie ma roślinności. Są za to rządy tyranów, a jednym z nich jest Wieczny Joe, który rządzi w Cytadeli. Od czasu do czasu spuści na swój lud nieco wody. Jego armią są półmartwi żołnierze, którymi steruje manipulacją, obietnicami i terrorem. A oni ślepo z nim podążają, wierząc, że śmierć za swojego przywódcę da im nowe życie, w lepszym świecie… Do tego popieprzonego świata trafia Max. Na barkach niesie on wiele cierpienia, które sprawiło, że ucieka on przed wszystkimi. Złapany przez armię Joe’go stanie się „dawcą”, którego siły życiowe będą wzmacniać tych, którzy już konają… Ale cała akcja dopiero się zacznie. Imperatorka Furiosa (Charlize Theron), kierująca ogromnym pojazdem wojennym, mającym 2 tysiące koni mechanicznych War Machine, zamiast pojechać po ropę, zbacza z kursu. Co się okazuje – uprowadziła ona skarby Wiecznego Joe. Właściwie trudno mówić, czy „uprowadziła”, czy uwolniła na życzenie, bowiem owe „skarby” to piękne, młode dziewczyny, które były faworytami tyrana… Za War Machine rusza pogoń… Wściekly Joe ze swoją armią, w której znalazł się też Max… Zaczyna się rozpierducha. Ale taka poważna: ROZ-PIER-DU-CHA!

I co ja mam teraz napisać? W miejscu, w którym pojawia się recenzja, moje własne przemyślenia i refleksje? Mam napisać, że film jest ohydny i przekombinowany? Że jest poszatkowany, a tytuł powinien brzmieć „Mad Furiosa”? Że trąci feministycznym manifestem, a osadzenie w roli skarbów „ślicznotek” z wybiegów było ruchem wyłącznie marketingowym? A w życiu! Dla mnie to dzieło było perfekcyjne. Dycha na dychę! Nie ma w nim ani jednego słabego momentu. Nie ma nudy – wręcz przeciwnie. Jest jak psychodeliczna przygoda. Ba – wściekła, psychodeliczna przygoda. Brudna, zła, dusząca i odrzucająca. Podobno obraz ten ma 3 tysiące cięć. Łatwo sobie policzyć, że skoro trwa jedynie 120 minut, to w ciągu minuty mam ich ok. 25. Dołóżmy do tego genialną muzykę, która wypełniona jest furią i obłędem oraz taką charakteryzację, że przelewają Ci się bebechy, a żołądek wypycha całą treść pokarmową. Czego tu nie ma! Są guzy, owrzodzenia, blizny, jest brud, taki, który liczy się latami i grubością. A pośród tego syfu mamy 5 pięknych, czystych, młodych gracji, które Joe wybrał na swoje żony… Jest też Theron, która mimo usilnych starań charakteryzatorów, ciągle jest hipnotyzująco cudowną kobietą. Nawet brak przedramienia, obcięte na jeża włosy i umorusana twarz nie ściągnie z niej urody. Podobnie zresztą jak w przypadku Toma Hardy’ego. Aż miło się patrzyło na te charakterne postacie. Hardy to jeden z tych aktorów, obok którego ciężko przejść obojętnie… Kolejna dość istotna rzecz: scenografia. Z jednej strony wydawać by się mogło, że ekipa odpowiedzialna za to nie miała zbyt dużego pola do popisu, bo film dzieje się w całości na pustyni, ale z drugiej, jak przyjrzycie się maszynom, pojazdom, kostiumom – to opada szczena. Nie ma tu dwóch takich samych elementów. Za to wszystko idealnie wpasowane jest we wściekły, dziki, nieokiełznany styl…

Widziałam ostatnio sporo dobrych i bardzo dobrych filmów, ale to „Mad Max” póki co króluje. Nie dajcie sobie wmówić, że mało tu „Maxa” w „Mad Maxie”. Nie doszukujcie się feministycznego pieprzenia. I nie zderzajcie ze sobą „tamtych” części z tą. To zupełnie bez sensu. Okej, może i Gibson był nieco bardziej charakterny, ale koniec końców seria stała się „kinem niedzielnym”, takim do obiadu, do rosołu z makaronem. To, co dziś oferuje nam Miller, to moim zdaniem dzieło kompletne. Reżyser wreszcie miał możliwość wycisnąć z tego tytułu wszystko to, co najlepsze.

Zatem: do kin! Tego filmu nie wypada spiracić w jakieś nędznej wersji z netu.

ON:

W ramach festiwalu Cropp Kultowe mieliśmy okazję obejrzeć przedpremierowo najnowszego “Mad Maxa”. Po seansie wiem jedno: mający 70 lat reżyser George Miller ma jaja wielkości arbuza. Pokazał bowiem, że niezależnie od wieku każdy z nas może stworzyć dzieło, będące spełnieniem marzeń. Jemu się udało!

„Mad Max: Na drodze gniewu” nie odcina się od pierwotnych korzeni, ale także nie buduje wszystkiego na nowo. Miller czerpie z pierwowzoru wiele elementów, ale tak naprawdę teraz ma możliwość pokazania wszystkiego w sposób, który nie zakłada żadnych ograniczeń. To kino drogi, kino epickie, kino, które należy, podkreślam należy zobaczyć w kinie.

Max Rockatansky to były glina, który boryka się z własnymi demonami. Strata bliskich na dobre namieszała mu w głowie, a on sam, przemierza wyniszczoną wojnami i zamieszkami ziemię. Nie ma tutaj nic poza pustynią. Pojedyncze skrawki nadające się do życia zamieszkiwane są przez grupy dziwaków, kaleków lub mutantów. Wartość mają dwa towary: woda i ropa, i to nie zawsze w tej kolejności. Zniewolony Max trafia do „królestwa” Wiecznego Joe’a, który rządzi lokalnymi zasobami wody, a jego podwładni oddają hołd materii mechanicznej. On jest królem, a oni jego rycerzami, przyrzekającymi wierność na V8. „War boyz”, bo tak zwą się jego żołnierzyki, to horda oddana jednemu wielkiemu „war bossowi”. Trochę w tym rzymskiej kohorty, trochę orkowej hordy czcicieli koła. Max nie ginie od razu, jego rzadka grupa krwi pozostawia go wśród żywych, jako dawcę dla rannych bojowników Joe’a. Pod skałą, gdzie watażka ma swoją siedzibę, gnieżdżą się setki, a może i tysiące podwładnych. Zżarci przez słońce, choroby i skażenie czekają na tę chwilę, gdy mężczyzna „upuści trochę krwi” z podziemnych żył Matki Ziemi.

Joe czeka na potomka, produkuje kolejnych „chłopakuf”, mięso armatnie, które zastępowane jest następnymi i następnymi. Skąd biorą się te dzieci? Z młodych, zdrowych i pięknych branek. Kilka kobiet, zamkniętych w pokoju o grubych ścianach, w sejfie, w którym największym skarbem są komórki macierzyste. Widać, że Matka Natura kpi sobie z tego półboga, bo jego potomkowie nie należą do idealnych. Rodzą się albo zdeformowani, albo umysłowo upośledzeni. Karmieni mlekiem hodowanych tylko w tym celu matek, mają otrzymać odpowiednią ilość pokarmu, który zrobi z nich prawdziwych mężczyzn.

Prawą ręką psychopaty jest Imperatorka Furiosa, która wykonuje wszystkie jego zalecenia. To ona kieruje dostawami paliwa z sąsiedniej rafinerii i to ona postanawia wyzwolić raz na zawsze młode branki z koszmaru bycia workiem na nasienie starego oblecha. Gdy Joe dowiaduje się, iż został zdradzony, zrzesza najbliższe klany, by pomogły mu w odzyskaniu kobiet.

Miller postarał się, aby jego dzieło było brzydkie i karykaturalne. Joe jest starą, ropiejącą karykaturą człowieka, a przy życiu trzyma go, specjalny skafander, który pomaga mu oddychać. Każdy przywódca klanu jest w pewien sposób zdeformowany, a dżuma jest powszechną chorobą, która dziesiątkuje resztki ludności. W tym świecie każdy przejaw normalności można zakwalifikować do piękna. Max czy nawet bezręka Furiosa, to owoce nie zepsute w żadnym calu przez zarazę, podobnie jest z brankami, czy też z napotkanymi później nomadkami. Kontrasty to w tym filmie normalność. Warstwa wizualna to także pościgi i akcja. Tego tutaj nie brakuje i praktycznie w dwugodzinnym filmie zajmuje ona 3/4 całego czasu. Nie można tu narzekać na nudę.

„Mad Max: Na drodze gniewu” to film, który kwalifikuje się do miana sztuki. Takich dzieł nie jest wiele, widać serce włożone w produkcję i to powoduje, że takie dzieła ogląda się zupełnie inaczej.