ONA:

Jestem zdania, że najlepsze historie obyczajowe i często dramatyczne pisane są przez życie. Nie trzeba kombinować, nie trzeba wymyślać jakieś fikcyjne postacie, fikcyjne wydarzenia i fikcyjne emocje, które tylko mają udawać prawdziwe. Przecież nawet w tych filmach, które oparte są na faktach, zawsze jest jakaś doza niedopowiedzenia i w tym tkwi ich urok… Poza tym, jest jeszcze mnóstwo historii, które warte są ekranizacji. Szczególnie tych, które dotyczą osób znanych, ważnych.

„Kidnapping Mr. Heineken” to jeden z takich filmów. Dla mnie – bardzo odkrywczy pod wieloma względami.

Nie miałam pojęcia, że za koncernem piwowarskim stało jakieś nazwisko. Nie miałam też pojęcia, że założyciel tego przedsiębiorstwa, Freddy Heineken, został uprowadzony przez 5 kolesi bez perspektyw. Nie muszę chyba wspominać o tym, że absolutnie nie wiedziałam, że w grę wchodził gigantyczny okup, który został opłacony i który podobno nie został zwrócony w całości, mimo że…

Na początku lat 80. Heineken, CEO swojej firmy, był jednym z najbogatszych ludzi w Holandii. A Cor, Willem, Jan, Frans i Martin byli tymi z nizin społecznych. Ich plan był perfekcyjny i przemyślany – tak się im wydawało. Oni uprowadzają gościa, a firma/rodzina wypłaca tak ogromny okup, że wszyscy, cała piątka, będą sobie do końca życia smażyć tyłki w jakimś dobrym klimacie. A co z tego wyszło? Nie spoilerujcie sobie – warto oddać się tej historii, mając jakieś tam wyobrażenie na temat losów zarówno porywaczy, jak i porwanego.

Nie był to jakiś wybitny film, taki, który zapada w pamięć i o którym się opowiada znajomym, ale przyznaję, że wygrywa dla mnie samą fabułą, historią, która wydarzyła się naprawdę. Jest tam jakieś napięcie i muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego finiszu. Oczywiście, mimo tego, że Anthony Hopkins ma tu bardzo drugoplanową rolę – tylko w jego przypadku możemy mówić o „wysokim” aktorstwie. Pozostali panowie nie popisali się – ani to nie było dramatyczne, ani wyjątkowe. Na szczęście – sama historia jest fajna. I to właśnie dla niej warto obejrzeć ten film, chociaż raz.

ON:

Są filmy, które po prostu są. Nie robią na nas większego wrażenia, ale nie czujemy się oszukani przez producentów po ich obejrzeniu. To dzieła które dostają oceny 5/10 lub 3 na 6. Czyli tak na prawdę są po prostu przeciętne. Gdy je obejrzymy nie chce nam się wylewać wiadra pomyj na twórców, a dzieje się tak dlatego, że nie czujemy się wydymani. Do takich obrazów zalicza się „Kidnapping Mr. Heineken” w reżyserii Daniela Alfredsona.

Historia porwania piwnego potentata pojawiła się już kiedyś na ekranach kin, a rolę chmielowego króla zagrał Rutger Hauer. Nie miałem okazji oglądać tego filmu, ale jego oceny w sieci są trochę wyższe, niż w przypadku „Kidnapping Mr. Heineken”. W nowej wersji tej samej historii zobaczymy Anthony’ego Hopkinsa, który na ekranie pojawi się tylko kilka razy. Przecież jest zamknięty w podziemnym więzieniu, skąd nie będzie wychodził przez ponad 20 dni.

Opowieść zaczyna się jakiś czas wcześniej. Scenarzysta przedstawia nam kolejne postacie tego dramatu. Skupiając się przede wszystkim na grupie znajomych, z Corem Van Houtem i Willem Holleederem na czele. Panowie są specjalistami w zakresie budownictwa, którym niestety bardzo zaszkodziła zapaść na rynku. Większość majątku spieniężyli i popłacili za niego zaległe zobowiązania. Będąc w tym nieciekawym położeniu, starają się o kredyt, który ma pomóc postawić na nogi ich biznes. Oczywiście jak to bywa odpowiedź banku jest jednoznaczna – NIE!

Znajdując się w nieciekawej sytuacji mężczyźni zaczynają szukać jakiegoś rozwiązania. Do głowy ciśnie się tylko jedno – porwać kogoś dla okupu. Wybór ofiary nie jest trudny, szybko pada na grubą rybę – Mr. Heinekena. Zaczynają się trochę chaotyczne przygotowania do akcji. Jeśli sam proces porwania nie sprawia ogromnych trudności, to przekazanie okupu i ucieczka już tak. Co będzie dalej możecie? Aby się tego dowiedzieć możecie przeczytać to w Internecie lub obejrzeć do końca film. Wasz wybór.

„Kidnapping Mr. Heineken” jest poprawnie zagrane i nakręcone, ale nic poza tym. Historia jest płaska, poprowadzona w sposób nudny i nie potrafi utrzymać nas w napięciu. Jest dużo więcej biografii i opowieści napisanych przez życie, które warto obejrzeć, ta do nich nie należy. Po porstu po seansie Wasze życie nie stanie się ani lepsze, ani gorsze.