ONA:

Filmy o jedzeniu, to obok kina akcji i ogólnego rozpierdolu – moje ulubione produkcje. Jest w nich coś naprawdę wyjątkowego. Pokazanie jedzenia, jako tła, które wcale nie jest tłem, bo często w takich filmach gra pierwsze skrzypce – wcale nie jest takie proste. Na szczęście większość filmów „o jedzeniu”, które przyszło mi oglądać, było produkcjami wyjątkowymi, pysznymi i ciekawymi. Takimi, które sprawiają, że ślinisz się do ekranu.

„Podróż na sto stóp” jest takim przyjemnym filmem. Cała historia dzieje się w małej, francuskiej miejscowości, na którą trafia hinduska rodzina. Po ciężkich przeżyciach szukają nowego domu. Szukają miejsca, gdzie będą mogli otworzyć małą, indyjską restaurację, przepełnioną aromatem przypraw, z kolorowymi lampkami, muzyką. Całą siłą tej rodziny jest ojciec. A on z kolei pokłada wielkie nadzieje w swoim synu, który świetnie czaruje nad garami.

Niestety, mała, hinduska knajpka, ma konkurencję – popularną, cenioną restaurację, którą od lat kieruje Madame Mallory (Helen Mirren). Sława restauratorki wykracza daleko, poza małą mieścinę. Upragniona gwiazdka Michelina jest dumą nie tylko właścicielki, ale i wszystkich mieszkańców. Elegancka, wykwintna, francuska restauracja z subtelną kuchnią, muzyką, a tuż obok głośna, z daleka pachnąca jakimiś dziwnymi aromatami indyjska buda. Madame nie kryje oburzenia i postanawia zrobić porządek z konkurencją. Za wszelką cenę chce się ich pozbyć…

Ale z czasem… No cóż, los bywa przewrotny. Nigdy nie wiesz kto Ci pomoże, w kim się zakochasz, kto będzie stał obok Ciebie, w tych najgorszych chwilach.

Film jest przyjemnym obyczajem, ale takim bardzo lekkim. To ciekawa historia o życiu, o stawianiu sobie celów, o dążeniu do ich realizacji. To również film który mówi o tym, jak ważnymi elementami w życiu człowieka, są inni ludzie, zarówno ci, którzy wyciągają ręce, jak i ci, którzy utrudniają.

Klimatyczny, przepełniony zapachami i aromatami. Inspirujący. No po prostu masz ochotę rzucić wszytko i zaszyć się w jakieś malowniczej, francuskiej mieścicie, z dala od problemów, kłopotów, złych emocji.

Mirren jest wspaniała. To, w jaki sposób ta kobieta godzi się i poddaje „procesom” starzenia, to jakaś pieprzona magia. Otoczona pięknymi kadrami wydaje się być wręcz nieprzyzwoicie atrakcyjną kobietą.

Koc, owoce z czekoladą, wino. Słońce. Spokój. Może być malownicza wioska we Francji, ale nie musi. Tak, to brzmi jak plan!

ON:

Lasse Hallström znany jest z kilku bardzo dobrych filmów. W tej grupie znajdują się „Kroniki portowe”, „Co gryzie Gilberta Grape’a”, „Czekolada”, a także wyciskający łzy „Mój przyjaciel Hachiko”. Do powyższych dopisuję „Podróż na sto stóp”.

Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że wszystkie filmy o jedzeniu są po prostu ładne, dobrze nakręcone i pobudzają wiele zmysłów, w tym smak. Na sam widok przypraw i potraw ślinianki pracują jak oszalałe. Poza tym, pośród patelni i garnków dzieją się historie niezwykłe, pełne uczuć, emocji, czasem miłości, a czasem nienawiści. Wszystko jest wymieszane, kolorowe, jak garść egzotycznych przypraw.

Hallström świetnie to wszystko ubrał w słowa i obrazy. Pokazał, jak naprawdę różni się kuchnia, ale niezależnie od tego, z jakiego rejonu pochodzisz – zawsze istnieją pewna uniwersalność smaków, które zawsze trafią w gusta odbiorców. Całość jest trochę przewidywalna i lekko przesłodzona, ale dzięki temu dwugodzinny seans nie jest męczący. To bardzo fajny film. Jest z nim trochę jak z czekoladą: chociaż znamy jej smak, to zawsze chętnie zjemy kosteczkę. Więc chociaż znałem zamiary Hallströma, wiedziałem, jak poprowadzi historię, to i tak świetnie się bawiłem.