Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Body Snatchers

ON:

To były czasy mojej młodości. W domu pojawił się dekoder Canal+. Wtedy ta ekstrawagancja kosztowała krocie. Chcieliśmy mieć w swoim mieszkaniu odrobinę Zachodu, który potrafił zrujnować budżet niejednej rodziny. Z tamtego okresu zapamiętałem kilka filmów, które stały się dla mnie klasykami lat 90-tych. Było trochę sensacji, komedii, a także horrorów, które teraz tak usilnie staram się pokazać Paulinie. Dziś będzie o jednym z nich.

Podczas pierwszego seansu „Porywaczy ciał” bałem się ogromnie. Miałem może z 13-14 lat i trafiłem na seans późnym wieczorem. Siedząc przed małym 14” telewizorem, który stał na szafce w moim pokoju, nie zdawałem sobie sprawy z czym będę miał do czynienia. Teraz, po 20 latach, o wiele łatwiej poszło mi przetrawienie tego dzieła. Przede wszystkim dlatego, że trochę rozłożyłem je na czynniki pierwsze. Jeśli dobrze pamiętam po raz pierwszy o Porywaczach przeczytałem w jakimś felietonie poruszającym tematykę sci-fi. Później miałem okazję obejrzeć adaptację z 1978 roku z Sutherlandem w roli głównej.

Wszystkie ekranizacje oddziela do siebie gigantyczna przepaść, ale warto zauważyć, że obie skupiają się na jednym ważnym aspekcie – jednostka vs. community. Inwazja porywaczy ciał z 1956 była obrazem napiętnowanym pozostałościami po Zimnej Wojnie, przez co nie do końca może on być zrozumiały przez współczesnego widza. Puste skorupy ludzkie, pozbawione emocji stwory były największym zagrożeniem społeczności. 1978 rok przyniósł dużo większe możliwości efektów specjalnych. Trzeba przyznać, że wyreżyserowany przez Kaufmana potrafił przerazić. Wreszcie przychodzi czas na lata 90-te ubiegłego stulecia i na opisywaną dziś przeze mnie produkcję.

Nie łamie ona żadnych schematów znanych z horrorów sci-fi. Mamy tutaj lekarza, który wraz z rodziną przyjeżdża do bazy wojskowej w celu przebadania skażenia terenu. W bazie życie wydaje się płynąc zupełnie normalnie. W czasie gdy on jest w pracy, jego żona zajmuje się domem a dzieciaki są w szkole. Nie trzeba długo czekać, by wydarzyły się pierwsze dziwne rzeczy. W przedszkolu wszystkie szkraby rysują taki sam rysunek, a żołnierze przynoszą dziwne pudełka, które z jakiegoś powodu umieszczają w sypialni lekarza. Zaczyna się psychoza, która może doprowadzić do szaleństwa. Głównym wątkiem jest ten, w którym zastanawiamy się czy jednostka ma jeszcze sens bytu, czy może najeźdźcy z kosmosu wyświadczają nam przysługę zabijając naszą duszę, pozbawiając nas emocji.

„Porywacze ciał” są klasyką sci-fi. Może nie oddają w całości psychozy, jaka pojawia się w sytuacji zagrożenia, ale nadal to dobre kino z poprzedniego stulecia. Dla fanów sci-fi jest to pozycja obowiązkowa.

ONA:

Wiele filmów klasy B już widziałam. Na ogół mnie one śmieszą, a nie straszą, ale jest w nich coś takiego, co przyciąga mnie przed telewizor. Chyba tym „czymś” jest fabuła, kolejne, coraz bardziej abstrakcyjne pomysły, bardzo często będące potwierdzeniem teorii, że w tym całym holiłódzie to wszyscy mają zryte pod czachą. Bo co innego można powiedzieć o twórcach, którzy wymyślili sobie atak czegoś, co przypomina bułę włosów z kratki ściekowej połączoną z ziemniaczanymi kłączami?

Do pewnej jednostki wojskowej przyjeżdża naukowiec wraz z rodziną. Dlaczego? Ano ma on zbadać poziom zanieczyszczeń promieniotwórczych w wodzie i ziemi w jednostce, i sprawdzić, czy mają one coś wspólnego z dziwnymi załamaniami psychicznymi i nerwowymi mieszkańców. Zanim doktorek wpadnie na to, co tak naprawdę dzieje się w bazie, my już to będziemy wiedzieć. Dziwne kreatury pragną zawładnąć światem i zaczynają cichą inwazję na naszej planecie. Robią to w cwany sposób: gdy człowiek zapadał w sen, one pod postacią kłaczka włosów zaczynały oplatać go ziemniaczanymi mackami. Potem tworzył się klon owego człowieka, ale to już jest obcy. Wystarczyło go zabić, żeby przekonać się, że nie, to nie jest mamusia, tylko jej druga wersja…

Taaak, to miało być straszne. Nie widziałam tego filmu nigdy wcześniej i mimo, że raczej omijam filmy typu „straszaki”, bo nie potrzebuję dodatkowych stresów w życiu, tak w tym przypadku jakimś cudem zostałam namówiona. I wszystko o tym dziele można powiedzieć, ale nie to, że jest straszny. Owszem, jest okrutnie ohydny, obrzydliwy, odpychający, ale nie ma tu zbyt wielu momentów, które mogą sprawić, że podskoczymy, a nasze serce na chwilę przestanie bić ze strachu. Fabuła jest skrajnie banalna, aktorsko jest nędznie, a efekty przypominają mi bardziej prace z techniki w podstawówce, niż coś, co powinno być profesjonalne. Całkiem możliwe, że gdybym obejrzała to dzieło dawno, dawno temu, to trochę bardziej by ono na mnie podziałało. Tymczasem teraz, z innymi doświadczeniami z filmów, które są po prostu lepsze, mają ciekawszą fabułę, są lepiej wykonane i autentycznie przerażające, „Porywacze ciał” wypadają bardzo słabo.

To może być pozycja dla fanów tego typu zabaw, ew. dla osób, które chcą zobaczyć jak diametralnie zmieniła się kinematografia na przestrzeni lat. To również produkcja, która spodoba się fanom ziemniaków i włosów z kratki ściekowej. Ja pozostaję przy nieco bardziej dopracowanych filmach grozy, w których fabuła nie doprowadza mnie do sarkastycznego uśmieszku.