ONA:

Ludzie dzielą się na tych, którzy wiedzą, że jest druga część „Zakonnicy w przebraniu” i którzy nie wiedzą o tym. Cóż, błędy należy naprawiać. Szczególnie, gdy proces ten jest przyjemny.Po spektakularnym sukcesie pierwszej części przygód piosenkarki Deloris Van Cartier, która schroniła się w klasztorze pod habitem, minął rok. Wydawać by się mogło, że temat jest wyczerpany. Przecież ileż można ukrywać się między zakonnicami? Ten numer już kolejny raz nie przejdzie. Ale siostra Mary Clarence wraca. I tym razem to nie ona prosi o pomoc, tylko jej pingwiniaste koleżanki przychodzą z problemem. „Matka” naczelna i jej dzielny zastęp pracują w szkole z trudną młodzieżą. To środowisko jest bardzo kłopotliwe. Bieda, problemy rodzinne, niskie ambicje – to tylko wierzchołek góry lodowej. Dzieciaki na ogół chcą po prostu przetrzymać aż do końca zajęć, bo przecież szkoła w dorosłym życiu zupełnie im się nie przyda. Ale problem z młodzieżą to tylko jedna część zamieszania. Okazuje się, że szkołę chcą zamknąć z powodów finansowych. Dopiero wtedy dzieciarnia otwiera oczy – ich rodziców nie będzie stać na wysłanie ich do innej placówki. Muszą zrobić coś, co sprawi, że władze pozostawią szkołę na miejscu. I pomoże im w tym nikt inny, jak siostra Mary Clarence.

Początkowo gówniarze sprawdzali jej cierpliwość. Tu ktoś coś bezczelnie dogadał, tu przykleili ją do krzesła. Ale ona jest twarda – jak Michelle Pfeiffer w „Młodych gniewnych”. Zaczęła w szkole uczyć muzyki – a jakże – i właśnie za jej pomocą obudziła w dzieciakach siłę i wolę walki o to miejsce. Wspólnie stworzyli wyjątkowy chór, który właśnie został zgłoszony do sporego, prestiżowego konkursu. Ambicje młodych nagle wystrzeliły jak z armaty – co się dziwić, gdy to Deloris kopnęła ich na rozpęd.

Jak jest? Jest śmiesznie, dowcipnie i muzycznie. Jeśli chodzi o humor, to Whoopi Goldberg jest gwarancją solidnych dawek brechtu, szczególnie gdy nosi habit. Tu dodatkowo próbuje poustawiać te dzieciaki, obudzić w nich siłę i ochotę na walkę o własne życie. Wspiera swoje działania muzyką. I właśnie muzyka odgrywa w tej części ogromną rolę. Głosy młodych aktorów są potężne, silne, są orężem, którym bohaterowie torują sobie drogę. Gdy moi wychowankowie sikali pod siebie oglądając te wszystkie „Hajskule”, bo tak ładnie w nich śpiewali – zawsze odsyłam ich do „Powrotu do habitu”. Dreszcze i gęsia skórka gwarantowane.

To nie jest i nigdy nie był film wybitny. To film, który nigdy nie dorównał poprzednikowi jeśli chodzi o popularność – co mnie bardzo dziwi. Obie części jeśli chodzi o poziom techniczny i fabularny są bardzo podobne – poprawne, takie, jakie były i inne komedie, nakręcone w tamtych czasach. Nie doszukujmy się tam głębi – ona gdzieś jest, ale tego typu filmy mają przede wszystkim bawić. Whoopi Goldberg w habicie bawi. Życzyłabym sobie kolejnej części, bo przyznam szczerze – stęskniłam się za nią.