Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA Telewizja

Dark City – recenzja

darkcity marudzenie

ON:

Trochę szkoda, że „Dark City” Alexa Proyasa przemknęło bez większego echa. To bardzo klimatycznie opowiedziana historia, która czerpie garściami z kina Noir. Dodatkowo w historii tej można znaleźć naleciałości z wielu innych klasyków, którym reżyser oddaje hołd. Niestety, nie udało się. Wydawać się może, że twórca kultowego „Kruka” przegrał wyścig do sławy z innymi, wydanymi w 1998 roku produkcjami. Nie czas jednak płakać nad rozlanym mlekiem, teraz nic już się nie zmieni.

Czym zaskakuje „Dark City”? Pomysłem, budową, niesamowitym klimatem, poczuciem zagrożenia i zaszczucia. Wszystko jest w nim podane w sposób smakowity i prawie idealny. Co więc się wydarzyło, że tak bardzo źle wypowiada się o nim wiele widzów? Ciężko mi powiedzieć.

W hotelowym pokoju, leząc w wannie budzi się mężczyzna. Jest zdezorientowany, nie wie co się dzieje, a najgorsze, że nic nie pamięta. Na podłodze niedaleko niego znajdują się zwłoki kobiety. Przerażony stara się poskładać w całość to, co się wydarzyło. Niestety, nie jest mu to dane. Jedynym śladem jest portfel z dokumentami, wystawionymi na niejakiego Johna Murdocha. Uciekając z miejsca zbrodni zaczyna się jego wyścig z czasem, policją i organizacją, która może bardzo, bardzo wiele. Budowana warstwami opowieść naprawdę wciąga, a najlepsze jest to, że jej finał potrafi bardzo, ale to bardzo zaskoczyć. Warto zwrócić też uwagę na obsadę, bo i ta potrafi zaskoczyć. Sewell, Sutherland, Connelly, Hurt. Gwiazdy dużego formatu, które wpasowane zostały w swoje role idealnie.

Nie chcę zdradzać fabuły, bowiem w przypadku tego filmu, nawet najmniejsza podpowiedź może zepsuć zabawę, która towarzyszy nam, gdy próbujemy połapać się w całości. Każdy mały trop, uchyla przed nami rąbka tajemnicy i wprowadza głębiej w kolejną warstwę przerażającej przygody.

Jeśli szukacie świetnego połączenia Sci-fi i kina Noir to „Dark City” powinno spełnić wasze oczekiwania.

ONA:

Są tacy, którzy nazywają ten film arcydziełem. Ja do nich nie należę. Ja uważam, że to kompletne gówno, bolesna strata czasu i nieudolne bawienie się formą. Nie widzę w nim żadnych zalet, poza napisami końcowymi. Nie pamiętam też kiedy ostatni raz tak bardzo męczyłam się podczas oglądania filmu. Dla mnie to była prawdziwa, bolesna męka.

Bazowanie na skrajnościach, na podświadomości, na instynktach – okej, rozumiem mniej więcej co autor miał na myśli, ale wcale, totalnie wcale nie jestem w stanie wzbić się na wyżyny i nie oceniać tego dzieła jako kompletnego dna. Ja nie trawię takiego przekombinowanego tworzenia. Są artyści, którym to wychodzi, ale ludzie, którzy mieszali palcami w „Mrocznym mieście” należą do konowałów. Jeśli byliby oni lekarzami, to leczyliby dzieci jak w „Antku”.

Ja obejrzałam ten film rano i mam wrażenie, że to był najgorszy poranek w moim życiu. Dla mnie ta produkcja jest zbyt ciężka, zbyt przekombinowana, nie wspominając już o tym, że jest po prostu brzydka. Co z tego, że gra tu Kiefer Sutherland i Jennifer Connelly, za którymi przepadam, jak wszystko wokół nich jest gówniane. Rozumiecie? Kawałek czekoladki upchany w klocka nadal wali klocem.

Odradzam. Odradzam równie mocno, co jechanie na wakacje do Syrii, pieprzenie się pierwszą lepszą prostytutką drogową bez zabezpieczenia, dodawanie goździków do jedzenia, odwiedzenie Białegostoku w koszulce z Popkiem i Gangiem Albanii. Ten film to zło.

Dark City – recenzja