ONA:
Absolutnie nie jestem fanką takiej męskiej urody. Zdecydowanie mój gust kręci się pomiędzy Ewanem McGregorem a Kieferem Sutherlandem, ale Tomer Sisley, główny bohater filmu „Largo Winch” ma w sobie to „coś”. Jeszcze nie wiem co, ale gdy przez pryzmat matrycy patrzył na mnie tymi swoimi smutnymi i złymi oczami, miękłam, robiło mi się przyjemnie gorąco i gdzieniegdzie milej niż miło. Nie musi on zbyt dużo robić, by na ekranie wypadać dobrze. To swoisty rodzaj filmowej nonszalancji, łobuziarskiego stylu i dużej ilości zawadiackości jest w jego przypadku gwarancją problemów. A potem wyobrażacie sobie jego miękkie usta, sunące po Waszym ciele i już wiecie, że wszystko jesteście w stanie mu wybaczyć. W filmie „Largo Winch” mamy dość intrygującą fabułę, która potrafi zaciekawić. Co prawda nie jest to film wywracający bebechy na lewą stronę, ale i tak jest całkiem nieźle. Bardzo podobały mi się skoki czasowe i miejscowe, którymi wypełniony jest szczególnie początek filmu, bo one zmuszały mnie do uwagi i skupienia. A kiedy wszystko weszło już na odpowiednie tory, dostałam porcję całkiem pikantnej akcji, a ja takie filmy uwielbiam bardzo.
W ciągu ostatnich kilku lat francuskie kino sensacyjne zaczęło dość konkretnie gonić to, z Fabryki Snów. Jednak produkcje, które rodzą się na Starym Kontynencie są nieco inne. Mam wrażenie, że są o wiele bardziej „analogowe”, bez zbędnego blichtru, efektów, za to z zaskakującymi fabułami i aktorami, których twarze nie są oklepane. To całkiem udane, bardzo przemyślane kino i właściwie co się dziwić, że staje się coraz popularniejsze. Nieśmiało przepycha się łokciami, ale robi to sukcesywnie. Largo Winch (T. Sinsley) to facet z przeszłością. Dawno temu został adoptowany z jugosłowiańskiego sierocińca przez bogatego przedsiębiorcę, ale maluch zanim stał się „jego” synem, został oddany do prostej, skromnej rodziny. Tam chłopiec dorastał, a jego „rodzice” robili wszystko, by miał się dobrze u nich. Jednak w końcu nadszedł czas na to, by małżeństwo pożegnało swojego syna i by on w końcu trafił pod opiekę tego, który wyciągnął go z bidula. Neiro Winch wiedział, że jego imperium biznesowe, które stworzył, powinno trafić w dobre ręce po jego śmierci. Właśnie dlatego „wyhodował” sobie następcę, który zajmie się firmą, gdy jego zabranie. Largo wychowywany i kształcony był tak, by ta „wymiana” nastąpiła bez problemów, ale młody chłopak nigdy nie pogodził się ze swoim „przeznaczeniem”. Stał się bardzo problemowym młodzieńcem, trochę hulaką, trochę awanturnikiem. I wtedy umiera Neiro. Właściwie źle to napisałam. I wtedy ktoś morduje Neiro. Largo postanawia za wszelką cenę dopaść tych, którzy są za to odpowiedzialni.
Trudno zaczynać dyskusję na temat tego filmu bez porównywania go do klasyków: Bondów i Bourne’ów. Cóż, produkcje z Hollywood zawsze będą „lepsze”, bo stoi za nimi cała maszyna, w skład której wchodzą aktorzy, najlepsi filmowcy, dźwiękowcy i cała reszta. Tam zawsze będzie spektakularnie i nawet, jeśli sama historia będzie rozpływała się między palcami – to, co zobaczą nasze oczy, będzie dawało ogromną satysfakcję. Ale produkcje takie jak „Largo Winch” dzielnie i zaciekle gonią, bo jak się okazuje – są dobre, po prostu dobre.
ON:
Postać Largo Wincha narodziła się na kartach komiksu autorstwa Van Hamme’a oraz Philippe Francq’a. Panowie stworzyli osobnika młodego, przystojnego, diablo inteligentnego i co najważniejsze bogatego, którego przygody chciałby pewnie przeżyć niejeden mężczyzna. Czego bowiem chcieć więcej od życia poza szybkimi kobietami i pięknymi samochodami?
Largo Winch jest adoptowanym synem potentata Nerio Wincha. Jednak przez całe swoje życie był ukrywany przed opinią publiczną. Dla wszystkich, poza trójką, może czwórką najbliższych przyjaciół Neria, Largo był duchem, nieistniejącym mitycznym stworem. Stary Winch w osobie młodego człowieka miał oparcie i polisę, która pozwalała mu mieć pewność, że ogromy ,wart miliardy dolarów majątek, przejdzie po jego śmierci w ręce osoby, która będzie wiedziała co z nim zrobić. Pomimo swojego zawadiackiego i buntowniczego stylu bycia, spadkobierca będzie musiał wywiązać się ze swojego zobowiązania.
Opowieść o perypetiach młodego Wincha podzielona jest na dwa pola bitwy. Jedno, to walka ze zbirami, którzy często chcą go po prostu wykończyć, drugie – to walka na stopie biznesowej. Pomimo tego, iż mamy do czynienia z opowieścią sensacyjną, dużo tutaj ekonomicznego bełkotu, ale podanego w sposób przyswajalny przez zwykłego zjadacza chleba. Odpowiednie zbalansowanie gatunków powoduje, że pomimo głupot, infantylizmu i całej masy nieprawdopodobnych sytuacji film, ten ogląda się nad wyraz dobrze.
Reżyser Jerome Salle bardzo dobrze prowadzi komiksową opowieść. Niektóre z jej kadrów oddaje wiernie, inne są potraktowane trochę po macoszemu. Wyłapie to jednak tylko fan serii, który czytał przygody Wincha, dla innych to po prostu kolejny francuski film akcji, którego twórcy chcą nadgonić amerykańskie produkcje. Jerome reżyserując „largo Wincha” był praktycznie na początku swojej filmowej drogi i widać to czasem w prezentowanej opowieści. Jednak natłok wątków, ilość miejsc i postaci nie pozwolą nam się skupiać na warsztatowych brakach. Komiksowy bohater nigdy jednak nie będzie Bournem, ani agentem Jej Królewskiej Mości. To zupełnie inna liga. Largo obije czasem pysk i przeleci jakąś pannę, ale brak mu cech charakteru, które można było znaleźć na kartach powieści Fleminga, czy Ludluma.
Zarówno komiks jak i film o wielkiej korporacji „W” i jej młodym spadkobiercy dają jednak radę. W wolnej chwili można sobie zaserwować małą porcję francusko-belgijskiej adrenaliny.
