ONA:
Policjanci, których rewir obejmują jakieś małe, zabite dechami dziury, mają dość nudnawą pracę. Bo w jakich „akcjach” mogą uczestniczyć? Ktoś komuś wpierdzieli na meczu? Albo ktoś zrobi burdę domową? Ktoś rozwali komuś szybę? A może ktoś komuś ukradnie jakąś część do traktora? Generalnie nuda. Wiem jak to mniej więcej wygląda, bo miałam wątpliwą przyjemność korzystać z „usług” panów posterunkowych, którzy znudzeni są życiem i swoją pracą. Podobny żywot zawodowy wiedli policjanci w filmie „Wezwanie”. Wiedli do pewnego momentu. Do pierwszego trupa.
Bohaterką, która wprowadzi nas w historię, jest Hazel Micallef (Susan Sarandon) – dojrzała glina, która wiele w życiu przeszła, przez co teraz coraz chętniej sięga do kieliszka, od czasu do czasu wymieniając go na kubek. Hazel nie ma zbyt wiele ochoty, by nagle odmienić swoje życie. Wizyta u pewnej staruszki, z którą nie ma nikt od jakiegoś czasu kontaktu, miała być rutynowa. Policjantka weszła do jej domu i zobaczyła babulinkę z przerżniętym gardłem. Taki widok robi wrażenie. Nawet jeśli to tylko film. Sprawa wygląda strasznie podejrzanie. A potem pojawia się kolejny „sztywny”. Micallef, która do pomocy dostała młodego gliniarza „z przeszłością”, próbuje rozwiązać zagadkę i w końcu ktoś łączy kropki. Jakiś czas wcześniej podobne makabryczne morderstwa pojawiały się gdzieś w kraju. Te sprawy nigdy nie zostały wyjaśnione, a ofiary łączy grymas twarzy. Ktoś w końcu wpadł na pomysł, że ułożenie ust i języka przypomina ukształtowanie podczas wymawiania jakieś głoski. A może by tak te wszystkie głoski ułożyć w wyraz? Tak… Wtedy zaczyna być jaśniej. Okazuje się, że wszystkie te morderstwa mają wiele cech wspólnych: ofiary są wierzącymi katolikami i wszyscy oni byli śmiertelnie chorzy. A, dodam jeszcze, że żadne z nich nie umarło na skutek poderżnięcia gardła…
Podeszłam do tego filmu bardzo sceptycznie. Początek za cholerę nie trzymał się kupy, ale teraz już wiem, że miało to na celu skołować widza. Potem się dopiero zacznie. Nagle, zupełnie niespodziewanie, zdałam sobie sprawę z tego, że jestem wpatrzona w ekran i cały świat sukcesywnie przestaje istnieć. „Wezwanie” bowiem, ma bardzo ciekawą fabułę, która wciąga i skupia uwagę. Rozkręca się długo, ale gdy już w końcu ruszy, porywa nas jak pędząca lawina – nie ma odwrotu, trzeba się mu poddać. Aktorsko i technicznie jest też całkiem niezły. Mamy tu S. Sarandon, jest Donald Sutherland i Tropher Grace. Widać, że ten film nie należał do „drogich” superprodukcji, ale dzięki temu staje się bardziej „nasz”, bardziej dostępny i zwykły. Ta historia mogła się wydarzyć, bo popieprzeńców na świecie jest wiele.
Ps. Nie oglądać w kryzysie wiary. Ateiści i antyklerykałowie powinni go promować jako formę walki z religią.
ON:
Uwielbiam filmy o pojebach, którzy zabijają bogu ducha winne osoby, tylko dlatego, że podczas robienia kupy dostali olśnienia. Może przyszły do nich małe zielone ludziki, a może przemówił sam stwórca i kazał im wyciągać ludzkie jelita, a później się nimi owijać? Lubię w tych filmach to, że pokazują one jak pewne wierzenia, społeczne uwarunkowania, czy lektura rożnych dzieł wpływają na tych wyrzutków, którzy tak naprawdę żyją we własnym świecie. Dziś będzie o „The Calling”, dziele, w którym główną rolę gra wiara.
Akcja filmu rozgrywa się w Kanadzie, w tym rejonie, gdzie do morderstw dochodzi raz na kilka lat, gdzie wszyscy się znają, a społeczność potrafi wybaczyć ci nawet największe błędy. Bycie policjantką w takiej mieścinie wydaje się być losem wygranym na loterii. Nic się nie dzieje, jedynie co trzeba robić, to wystawić raz na jakiś czas mandat za złe parkowanie lub zgarnąć awanturującego się pijaczynę. Gdy jesteś policjantem w takim mieście nikt nie zauważy, że do kawy dolewasz sobie szkockiej, a połowę szychty po prostu sobie bimbasz.
Nadchodzi jednak dzień, w którym wiele rzeczy się zmieni. Wpierw na komendę dociera zgłoszenie, że matka jednej z mieszkanek od pewnego czasu nie odbiera telefonów, ani nie daje znaku życia. Na miejsce zostaje wysłana Hazel Micallef – znudzona życiem i służbą pani policjant. Na miejscu znajduje ona trupa starszej pani inie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jej głowa została praktycznie odcięta, a usta ułożono w specyficzny, przypominający krzyk sposób. Tak oto mała mieścina została skalana pierwszym od czterech lat morderstwem.
Hazel zaczyna śledztwo, w którym będzie miał jej pomóc przeniesiony z Toronto policjant Ben Wingate. Młody mężczyzna stara się uciec przed przeszłością, która w małym mieście może spokojnie zostać pogrzebana, tak samo, jak jego były partner. Początkowa niechęć do przyjezdnego policjanta przeradza się w typowo koleżeńskie relacje. Dwójka zaczyna wspólnie pracować nad śledztwem. Okazuje się, że podobnych zabójstw było już kilka, a kolejne dowody zaczynają układać się w jedną spójną całość.
„The Calling” zaczyna się trochę bez ładu i składu, by później wpaść na dobre tory i sunąć do końca swoim rytmem. Nie jest to działo wybitne, brak tutaj hardcore’ów znanych np. z “Seven”. To kino dużo lżejsze pomimo tego, że opowiada o seryjnym mordercy. Film na raz.
