Machete Kills

ON:

Nie można mówić, że Robertowi Rodriguezowi brakuje polotu i pomysłów. „Maczeta Zabija” jest filmem z gatunku tych, które się robi dla jaj. Wyciąga się kasę, zaprasza gwiazdy światowego kina, a później szyje się ubranko bez ładu i składu, które nie pasuje do żadnej szafy, a i tak każdy prędzej czy później je założy.

To, co w Polsce wychodzi żałośnie, w wykonaniu Rodrigueza jest szaloną głupotą, która aż bawi. Gdy postawię koło siebie „Kac Wawę” i „ Maczeta Zabija” mam porównanie kupy i kupy w kolorowym papierku popsikanej ładnym dezodorantem. Polka kupa śmierdzi, rozkłada się i gnije, a ta zagraniczna nie dość, że zachęca papierkiem, to jeszcze lekko pachnie lawendą.

Nie można patrzeć na „Maczetę” w inny sposób, jak właśnie na takie poronione kino. Opowieść bez ładu i składu, z kolejnymi abstrakcyjnymi scenami, okraszona bezsensowną przemocą. Wylewając z ekranu na widza wiadro juchy śmieje się mu w twarz, widząc jak jego zadowolenie. Nikt o zdrowej psychice nie wymyśla takich rzeczy, ale też nikt o zdrowych zmysłach nie ogląda z uśmiechem na twarzy takiej jatki.

Maczeta wraca i nawiązuje do pierwszej części opowiadającej o jego przygodach. Wątki lekko się łączą, ale pojawiają się nowi złoczyńcy, a i nowe są powody walki ze złem. Będąc na garnuszku prezydenta Stanów Zjednoczonych ma rozpierdzielić złego kolesia, który odpowiada za śmierć współpartnerki pana Maczety, a przy okazji zagraża USA, bo ma w swoim posiadaniu głowicę nuklearną. Z rozkazem prezia w kieszeni brzydki Meksykanin jedzie rozprawić się ze świrem. Na miejscu dochodzi do odpowiednio krwawej i absurdalnej walki, trup się ścieli gęsto, a członki latają po ekranie. Misja nie kończy się jednak sukcesem bowiem zapobiegliwy psychopata zabezpieczył się przed niespodziewaną śmiercią i podłączył detonator do swojego serca. Do czasu póki ono bije to nie dojdzie do atomowej zagłady, w innym przypadku będzie wielkie BUM!

„Maczeta Zabija” jest tak samo chaotyczny i składny jak ten wpis. Dzieje się w kilku miejscach naraz, dzieje na ekranie i poza nim, i co najdziwniejsze – pomimo tego popierdolenia może się podobać. Wiadomo, że to kino dla świrów, którzy będą pić wódkę, jeść pizzę i śmiać się z litrów krwi, ale kto im zabroni? Gratka dla fanów, inni powinni odpuścić.

ONA:

Filmy Roberta Rodrigueza są jak wódka.

Niby chcesz, niby lubisz, a jednak po czasie się męczysz.

Niby fajnie, niby super, a koniec końców i tak lądujesz na mordzie.

Miałam tu jeszcze jedno „niby” napisać, ale zapomniałam co to miało być.

Moim ulubionym filmem pana R. jest „Od zmierzchu do świtu”, czyli produkcja, która jako pierwsza połączyła „zmierzch” i wampiry, i która nie ma nic wspólnego z brokatem. Rodriguez to postać bardzo wyjątkowa. Mam wrażenie, że jakby Quentin Tarantino zapłodnił absurd, to ich dzieckiem byłby właśnie Robert – człowiek orkiestra, który swoje filmy reżyseruje, pisze do nich scenariusze, zajmuje się produkcją, montażem, zdjęciami i dźwiękiem, ba – nawet muzyką. Jego dzieła są wyjątkowe. Tak jak i on sam. Jest tylko jedna rzecz, której ja nie umiem ogarnąć moim umysłem i chyba nie ma tak silnych dragów, by mi w tym pomogły. Jak do cholery koleś, który nakręcił „Desperado”, wspomniany już wcześniej „Od zmierzchu do świtu”, „Oni” czy „Sin City” i „Planet Terror” ma na swoim koncie też „Małych agentów”?!

Dobra, dość przydługiego rozkminania. Jako, że weekend minął nam nie tylko na trzeźwo, ale z gigantyczną dawką pracy (remont wchodzi w finalną fazę). Desperacko potrzebowaliśmy filmu, który oblepi nas słodkim odmóżdżeniem. Padło na kolejną część przygód Machete Corteza (Danny Trejo). Co prawda nie widziałam poprzedniej, ale nie trzeba było uzupełniać tej luki. To są zupełnie odrębne historie, które łączy bohater – Machete. Musicie coś o nim wiedzieć. On jest bezduszną, meksykańską maszyną do rozwiązywania problemów. Kobiety (o dziwo) leżą u jego stóp, na jego cześć powstają piosenki. Jest legendą. Jego umiejętności i instynkt pozwalają mu wydostać się z każdej kupy, w którą wchodzi. Nie tłituje. Nie smsuje. On zabija. I robi to skutecznie.

Film zaczyna się rozpierduchą, podczas której ginie ukochana Corteza i w cholerę innych osób. Sprawa śmierdzi. Bardzo śmierdzi. Tak bardzo śmierdzi, że do Machete odzywa się sam prezydent Stanów Zjednoczonych (w tej roli Carlos Estevez, znany szerokiej publiczności jako Charlie Sheen) z prośbą. Prezydentowi się nie odmawia… Tym razem trzeba zgarnąć narkotykowego barona z rozdwojeniem jaźni, który właśnie sobie wymyślił, że ma ochotę na atak rakietowy w samo serce USA – na Waszyngton.

Na Teutatesa! Jaka rozpierducha!!! W skrócie: „Maczeta zabija” to film ze sposobami zabijania, przy użyciu broni palnej, białej, a nawet helikopterów. Krew tryska, członki latają, jest wulgarnie, chamsko i tak absurdalnie, jak tylko można sobie wyobrazić. W tym filmie, poza Trejo i Sheenem pojawiają się: Michelle Rodriguez, Mel Gibson, Cuba Gooding Jr., Antonio Banderas i (!!!!!!!) Lady Gaga! Przyznacie, dość intrygująca obsada. I cała ta banda bierze udział w niewyobrażalnej, pełnej zwrotów akcji i trupów jatce. Tak do końca nie jestem w stanie stwierdzić, czy ten film mi się podobał, czy mnie męczył, czy był zabawny, czy żałosny. Jedno jest pewne – po tym seansie już nic nie jest takie samo. Rodriguez stworzył film pastiszowy, brechtający z całego kina akcji, z superbohaterów, z maszyn do zabijania. Kpi z sensacji, z walki, nawet ze śmierci. Nie jest źle, ale z każdą kolejną minutą filmu marzyłam o jego finale. Ilość absurdu w absurdzie, nawet w przypadku takiej „parodii” momentami bywa męczące. Ale nie zniechęciłam się. Może nawet nadrobię poprzednią „Maczetę”…

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad