Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

KSIĄŻKI

Lauren Weisberger – “Zemsta ubiera się u Prady”

ONA:

To nie jest tak, że jestem wybitną fanką babskiej literatury, ale czasami do niej sięgam. Oczywiście wolę zupełnie inne książki, a te z gatunku „romans” pomijam zupełnie, ale od czasu do czasu jakaś historia z babeczką w roli głównej mi siada. Pierwszą bohaterką, którą pokochałam w myśl zasady „też mam jajniki” była Bridget Jones. Strasznie polubiłam Stephanie Plum (tu, tu i tu). Gdzieś tam z tyłu głowy siedzą mi bohaterki z „Seksu w wielkim mieście”, chociaż je zdecydowanie wolę w wersji filmowej. Czy coś jeszcze? Ano tak, była też Andrea Sachs walcząca z Diabłem odzianym w Pradę. Taaak, to było nawet niezłe…

Pierwsza książka Lauren Weisberger nie tylko okazała się hitem literackim, ale i maszynką do zarabiania kapuchy. I nie często się zdarza, że słowo pisane musi ustąpić obrazowi kinowemu, ale w przypadku filmu „Diabeł ubiera się u Prady” połączenie humoru, zachwycających kostiumów i Meryl Streep w roli pierwszej francy okazało się GENIALNYM połączeniem. To jedna z moich ulubionych pozycji, jeśli chodzi o „babskie” kino komediowe. Co się więc dziwić, że kwiczałam z radości, gdy pojawiła się pierwsza wzmianka, że Weisberger pisze drugą część przygód charakternej Andy.

Cała historia dzieje się dekadę po pamiętnych wydarzeniach, wieńczących część pierwszą. Andy nie jest już tą samą kobietą. Dojrzała. Stała się przebojowa i stawia na siebie. Praca w Runway u boku toksycznej Mirandy Priestly jest już wspomnieniem, które mimo czasu ciągle nawiedza ją w koszmarach. Aktualnie nie ma na co narzekać. U jej boku stoi Emily, z którą toczyła boje w magazynie modowym (jakie to słodkie, że byłe rywalki okazują się z czasem prawdziwymi przyjaciółkami – czemu mnie to nie spotyka?!), a która aktualnie jest jej wspólniczką, ale o tym za moment i do tego przystojny, bogaty i wpływowy facet – Max Harrison, za którego za chwilę wychodzi za mąż. Czy może być gorzej? Obie dziewczyny po etapie Runway na skutek różnego rodzaju dziwnych zbiegów okoliczności, postanowiły podziałać razem. Postawiły na luksusowy magazyn o tematyce ślubnej – Plunge i idzie im całkiem nieźle. Właściwie, babeczki są o krok od gigantycznego sukcesu – ktoś je w końcu zauważył. Czy może być lepiej? Oczywiście, trzeba to wszystko zagmatwać. W dniu ślubu Andy dowiaduje się, że matka Maxa nie popiera tego związku, ale do zawarcia małżeństwa dochodzi. Potem pada propozycja od grupy wydawniczej, która ostrzy sobie zęby na Plunge i za astronomiczną kwotę chce go wykupić. Wydawać by się mogło, że teściowa jest do ogarnięcia i jak do cholery można narzekać na to, że ktoś chce wyłożyć na Ciebie dużą kapuchę?! Ano – nie jest tak kolorowo. Magazynem dziewczyn zainteresował się Elias-Clark, na którego czele stoi nikt inny jak Miranda, a w umowie jest napisane, że jednym z warunków jest praca dla smoczycy przez okrągły rok. Mało? Dobra! Dodajmy do tego: brak zaufania, nieplanowaną ciążę i całą resztę bzdur zwanych „macierzynstwem”, powrót dawnej miłości, a potem już jakoś leci.

I teraz czas na kilka słów recenzji. Jestem zawiedziona. Do pewnego momentu książka była fajna. Potem stała się pozycją obowiązkową dla matek, szczególnie młodych, które łudzą się, że połączenie pracy zawodowej i macierzyństwa odbędzie się bez skutków negatywnych dla żadnego z obu obszarów. Guzik prawda. Andy z ambitnej babki, która miała siłę, stała się mamą, która rozprawia na temat kup, zaropiałych sutków, metodach radzenia sobie z plamami laktacyjnymi i uwierającymi szwami. Okej, przesadzam, ale gdzieś w połowie książki szlag mnie trafił, a przyjemność z łykania kolejnych stron była zerowa. Kto mnie zna ten wie, że moje podejście do życia jest zdecydowanie bardziej alternatywne do tego przyjętego i akceptowanego przez większość społeczną na całym świecie. I życzyłabym sobie książek, w których nawet najbardziej ambitne babki nie stają się żonami i matkami. Poważnie. Za co nie złapię, tak to się kończy, nawet pieprzona historia o Belli Łabądku i Edwardzie Wampirze (tu, tu). Nawet pan Grey (tu, tu i tu) okazał się miękką cipą i razem z Aną, którą tłukł po dupsku, dorobili się małżeństwa i gromady dzieciątek. Jestem zrozpaczona. Już nie mam pretensji, jeśli w grę wchodzą książki-romansidła, bo przecież one są skierowane do kobiet, którym marzy się „długo i szczęśliwie”. A co z resztą? Te, które nie widzą siebie w rolach matek i żon mogą co najwyżej czytać „Jeżdżę samochodem Polonez” – tam nie ma szans, że główny bohater stanie się maszyną do rodzenia.

Tak, tyle, jeśli chodzi o frustrację.

PS. Spoiler: bohaterki nie będą pracować dla Mirandy, a książka jest miałka i mdła jak typowe żarcie dla niemowlaków.