ON:

Z okazji dzisiejszej wyprzedaży gier od Rockstar na PSN-ie, postanowiłem napisać o grze, która swego czasu okrzyknięta została najbrutalniejszym tytułem na rynku. Pomimo upływu wielu lat uważam, że to nadal cholernie krwawe dzieło, pomimo tego, że graficznie nie prezentuje się już tak dobrze, jak kiedyś.

Tytułem tym jest „Manhunt”. Ponieważ na konsoli Sony możemy zagrać w gry z poprzednich generacji, to mamy szansę pobawić się  produkcjami które na PS2 i PSX-ie robiły ogromną furorę. Podczas dzisiejszej wyprzedaży możecie kupić między innymi wspomnianego „Manhunta”, ale także „The Warriors”, które także nie jest dla grzecznych dzieci. Rockstar zawsze był znany z brutalności. Głośno było o scenie przesłuchania w “GTA V”, ale nadal wydaje mi się to dziecięcą igraszką w porównaniu z rozpikselowanymi egzekucjami, które pojawiają się w „Manhunt”.

Zacznijmy jednak od początku. Wcielamy się w postać niejakiego Earla Casha, seryjnego mordercy, który zostaje skazany na śmierć za swoje grzechy. Wyrok sądu jest jeden: egzekucja przez wstrzyknięcie trucizny. Niestety, komuś bardzo zależało, aby Earl nie odszedł z tego świata w taki delikatny i spokojny sposób. Trucizna została zastąpiona środkiem nasennym, a nasz bohater budzi się kilka godzin później z opuszczonej sali. Na stoliku obok niego znajduje się słuchawka, przez którą od tego momentu będzie się z nami komunikował ktoś, kto wprowadzi go w tajniki „zabawy”. Earl ląduje bowiem w filmie reżyserowanym na żywo przez Starkwathera. Tak oto, opuszczając pokój, zaczniemy wędrówkę przez Carcer City, stworzonej na potrzeby filmu snuff małej metropolii. Założenie jest proste. Całe miasto nafaszerowane jest kamerami, które przekazują obraz do centrum dowodzenia pana reżysera, a stamtąd dalej, do zjebów, którzy lubują się w oglądaniu śmierci na żywo. W całym popierdoleniu, bagnie które pokazują nam producenci gry, nasz bohater wydaje się najnormalniejszy. Naszymi poczynaniami kieruje instynkt pierwotny, chęć przeżycia, poczynaniami przeciwników – zysk i niezdrowa podnieta.

Gra Rockstara to typowa skradanka TPS, gdzie całą grę obserwujemy zza pleców bohatera. W ten sposób przekradamy się przez kolejne lokacje, przy okazji dowiadując się co nieco o naszej postaci, a także o Carcer City i zasadach w nim panujących. Wspomniana brutalność jest tutaj naciągnięta do granic możliwości. Egzekucje, które wykonujemy, są przepuszczone przez specjalny VHS-owy filtr i przez to wyglądają jeszcze bardziej krwawo. Twórcy poszli na całość. W „Manhunt” każdy znaleziony przedmiot może stać się bronią. Foliowa reklamówka, założona na głowę nic nie spodziewającego się przeciwnika, to idealne narzędzie do podduszenia, a później do zmasakrowania zemdlonej osoby. Odłamek szkła sprawdzi się idealnie do wykłucia oczu, a młotek… właściwie dopowiedzcie sobie sami. Z racji grafiki, która opiera się na starym silniku z GTA 3, dużo musimy dopowiedzieć sobie sami, ale to i tak wystarcza, aby szokować. Przemierzamy więc kolejne korytarze i lokacje, likwidując po cichu w mniej lub bardziej brutalny sposób wszelkiego rodzaju męty. Zasada jest jedna: albo oni, albo my. Tym bardziej, że im dalej posuniemy się w rozgrywce, tym więcej dowiemy się o samej historii.

Gra bardzo dużo czerpie z serii Thief. Ciemne korytarze i zaułki idealnie sprawdzają się jako kryjówki. Tutaj ciężko nas znaleźć i stąd mamy możliwość zrobienia wypadu na „łowy”. Naszym pomocnikiem jest też wyjątkowe udźwiękowienie, które pomaga w orientacji. Dzięki odgłosom wiemy gdzie kryją się kolejni przeciwnicy i skąd może nadejść zagrożenie. Za to należą się twórcom brawa.

„Manhunt” pomimo swojego wieku jest nadal cholernie grywalnym i bardzo „dorosłym” tytułem, który szokuje i szokować nadal będzie. Brutalność miesza się z degeneracją i zepsuciem, a świat przedstawiony przez Rockstar, opiera się na jednym: na ludzkiej zgniliźnie, która od zawsze jak rak toczy tkankę społeczeństwa. Czy warto wrócić do gry, która ma ponad 10 lat? Uważam, że tak tym bardziej, że produkcja ta kosztuje na wyprzedaży mniej niż dwa piwa.