ONA:
W ciągu jednego wieczoru obejrzeliśmy trzy komedie – każdą inną pod względem „gatunku”. Bo „Marley i ja” to komedia tragiczna, bardzo dramatyczna, bardzo smutna i bez happy endu, „Truman show” to produkcja, która mnie przeraża, a „Kosmiczne jaja” wbiły mnie na poziom absurdu, który koniec końców strasznie mnie zmęczył. Do kosmosu niedorzeczności przejdziemy jutro, a dziś potkamy się na planie filmowym pewnego reality show, w którym główną rolę od wielu lat ma ta sama osoba. I nie, nie jest to Ronn Moss.
Życie Trumana Burbanka jest bardzo „zwykłe”. Ma żonę, dom, pracę, fajnych sąsiadów, przyjaciela od najmłodszych lat. Można mu wręcz pozazdrościć tego spokoju i rutyny oraz podejścia do życia, mieszkania w tak pięknym miejscu. Ale nic nie jest tak oczywiste, jak wygląda. Truman od chwili narodzin jest głównym bohaterem reality show, o czym oczywiście nie ma pojęcia. Wszystkie osoby w jego życiu, od tych najbliższych począwszy, to podstawieni aktorzy, którzy od setek dni tworzą iluzoryczną opowieść. Całym przedsięwzięciem steruje Christof (Ed Harris) ze swoją świtą. To oni stworzyli największy na świecie plan filmowy i od wielu lat, dzień po dniu, relacjonują życie Trumana. I wszystko szło by bez problemu, gdyby nie to, że główny bohater zaczął odkrywać – powoli, acz sukcesywnie – tajemnicę. Początkowo myśli, że to jakiś spisek, może nawet, że zaczyna świrować, ale w końcu dochodzi do prawdy. I teraz jego głównym celem jest ucieczka z planu filmowego, który dotąd był jego całym światem.
„Truman show” to komedia – tak przynajmniej założyli twórcy. To dlaczego ja, oglądając ten film, za każdym razem mam gęsią skórkę? Czuję straszny dyskomfort, gdy oglądam tę produkcję, bo tam manipulacja, inwigilacja i podsłuchiwanie przybrały bardzo naturalną formę – skoro główny bohater nie zorientował się przez tyle lat, że jest bohaterem takiego cyrku, to skąd ja mam mieć pewność, że ze mną tak też nie jest? Okej, może nie w takiej formie, jak w przypadku Trumana, ale jednak. Film powstał w 1998 roku, czyli przed tą całą falą terroryzmu, zbiorowej histerii i obsesji. Obawiam się, że mimochodem przewidział przyszłość. A my jej chyba aż tak nie zauważamy…
Film Petera Weira jest świetny z kilku powodów. Nie mam zamiaru poruszać tu kwestii aktorskiej, bo to, co widzimy na ekranie, to to takie trochę meta-aktorstwo – aktorstwo w aktorstwie, a sam Carrey mnie bardziej irytuje niż śmieszy, ale reszta elementów jest po prostu świetna. Przede wszystkim fabuła – bardzo zaskakująca, innowacyjna i obnażająca trochę pracę telewizji i jej wpływ na pranie naszych głów. Te reklamy, lokowanie produktów – niby w naturalny sposób, a jednak totalnie zaplanowany. Kolejna rzecz: muzyka. Świetna! Ja uwielbiam muzykę filmową i to, jak podbija emocje. Tu, z racji filmu w filmie, wszystko jest dużo bardziej podbite, dźwięki są nasycone i po prostu piękne.
„Truman show” to film ciekawy, zaskakujący i metaforyczny. Każdy go zrozumie inaczej, według własnego klucza. Dla mnie to walka o siebie, o swoje miejsce na świecie, o swoją wolność.
ON:
Ludzkie życie jest produktem, który sprzedaje się jak świeże bułki. Lubimy zaglądać za drzwi innych domów, a sami się wkurzamy, gdy ktoś grzebie w naszych śmieciach. Wszyscy chcieli obejrzeć nagie zdjęcia Jennifer Lawrence – nie dziwie się, bo to fajna laska, ale gdy upubliczniono dane kolesia, który włamał się na chmurę, to był on tym wielce oburzony. W końcu ktoś naruszył jego prawo do prywatności.
Lubimy się szmacić za kasę. Za pieniądze potrafimy zrobić wszystko. Dobrym przykładem na to są wszelkiego rodzaju reality show, debilne programy o szesnastoletnich mamach, czy kolesiach, którym mamy szukają żon. Dochodzimy do programów w których za kasę będziemy obrzucać się własnym gównem, a cała masa kosmicznych małp będzie to oglądać w swoich domach.
Problem pojawia się wtedy, gdy do gry w reality show jesteśmy zmuszeni lub po prostu zupełnie o tym nie wiemy. Gdy po raz pierwszy widziałem „Truman Show”, film świetnie pokazał mi, w jakim kierunku idzie masowa rozrywka. Po tych kilkunastu latach można powiedzieć, że przepowiadał przyszłość.
Życie Trumana Burbanka przypomina kartki wyciągnięte z kserokopiarki. Rano toaleta, później witka z sąsiadami, zakupy w kiosku, przypadkowe spotkanie z dwójką staruszków, a później wpad do roboty i dzięciolenie za biurkiem, aż do końca dnia. Potem powrót do domu, do „ukochanej” żony i tak dzień w dzień. Truman ma marzenia. Chce wyrwać się z małej mieściny, polecieć na Fidżi i tam odpocząć od całego zgiełku. Nigdy mu się to nie udaje. Zawsze na jego drodze pojawi się jakaś przeszkoda. Czasem to drobiazg, a czasem ogromna katastrofa. Pewnego dnia zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Wszystko ma początek, gdy z nieba spada ogromny reflektor. Rozbija się praktycznie przed domem Trumana. Facet jest trochę zagubiony, ale chwilę później uspokajają w lokalnym radiu. To tylko element samolotu, który przelatywał nad miastem. Kolejne “drobiazgi” powodują, że mężczyzna coś podejrzewać. Bohater postanawia zachowywać się nieprzewidywalnie, co staje się lekarstwem na rutynę otaczającego świata. Upewniwszy się, że jest obserwowany, chce wyrwać się ze swojego „więzienia”.
Wszelkie jego starania oglądają miliony osób na całym świecie. To, co dla innych jest rozrywką, dla niego jest horrorem, z którego istnieje tylko jedna droga ucieczki. Gdy reżyser i pomysłodawca programu Christof widzi co się szykuje, postanawia za wszelką cenę skrócić smycz swojej marionetki. Zbuntowany Truman to ogromne straty wywołane przez odchodzących sponsorów i reklamodawców.
Pomimo, że mamy do czynienia z komedią obyczajową i z dramatem w jednym, to więcej tutaj przerażających wątków, które upewniają nas w tym, że media posuną się do samego końca, by pompować kasę do samego końca. Ta przerażająca wizja może dać do myślenia.
