ONA:

To był moment, absolutny impuls, kiedy późnym wieczorem wracałam z pracy do domu, totalnie zorana, wymęczona, głodna i z coraz bardziej rozpędzającą się irytacją ogólnoświatową, gdy usłyszałam w radiu dwa pierwsze wersy pewnego utworu. Z miejsca spłynął na mnie błogi spokój i jednocześnie pojawiła się mega ochota, by obejrzeć film, w którym pojawia się i wokalistka, i ta piosenka. Wszyscy ją znają, wszyscy nucą. A więc… „Does he love me I wanna know, how can I tell if he loves me so?”

Mamy Amerykę lat 60. Pani Flax (Cher) wiedzie życie nowoczesnej, w pełni zemancypowanej kobiety, której nikt nie może niczego powiedzieć. Żyje tak, jak chce. Jest wolna, atrakcyjna, do wszystkiego podchodzi ze specyficzną dla siebie nonszalancją. Nikt i nic nie jest w stanie utrzymać jej na miejscu. Ciągle powtarza, że owy pęd, który wybrała – gwarantuje jej świeżość oraz to, że nigdy się nie zestarzeje. Jeśli jakieś miejsce się jej znudzi, pakuje walizki, uruchamia auto i jedzie do dowolnie wybranego miasteczka, w którym „na chwilę” osiada. Taki stan rzeczy coraz mniej odpowiada córkom pani Flax, małej Kate (Christina Ricci), która uwielbia pływać oraz nastoletniej Charlotte (Winona Ryder), która chce być zakonnicą, bo aktualnie fascynuje ją religia chrześcijańska. To taka chyba reakcja obronna na to, że mamusia prowadzi się dość „lekko”. Ich kolejnym domem staje się mała, peryferyjna mieścina. Żadna z bohaterek nie zakładała nawet, że te dni, spędzone w miasteczku, odmienią ich życie, a pojawienie się w nim przystojnego Joe (Michael Schoeffling) i uroczego Lou (Bob Hoskins) wszystko wywróci do góry nogami.

„Syreny” to jeden z tych filmów, który katowałam od małego. Do teraz, kiedy trafię na niego podczas skakania po kanałach, chętnie go oglądam, bo jest szalenie pozytywny, rozbawiający i rozbrajający. Cher ze swoją talią osy, świetnym tyłkiem i tapirem na głowie wygląda zabójczo – a jej zachowanie, bardzo frywolne i nieco wyniosłe, dopełnia obraz ambitnej, nowoczesnej babeczki, która ma gdzieś konwenanse, tradycje, a do życia podchodzi lekko – jak facet! Ale „Syreny” to film trzech kobiet: wspomnianej już Cher, absolutnie słodkiej i uroczej Ricci i Ryder, której bohaterka targana jest moralno-hormonalnymi wątpliwościami, bo z jednej strony chce wstąpić do klasztoru, a z drugiej marzy o tym, żeby pewien chłopak zdjął z niej ciężar dziewictwa. Tym problemom towarzyszy wiele złotych myśli, a jak łatwo się można domyślać – w wykonaniu rozemocjonowanej nastolatki mogą być one zaiste głębokie. Całe to babskie trio dopełnia bohater grany przez Boba Hoskinsa. Lou też jest facetem po przejściach, ale w życiu każdej Flaxowej rodziny odegra ważne role.

Kicz początku lat 90. osadzony w realiach lat 60. to coś, co świetnie buduje atmosferę dzieła Richarda Benjamina. Świetna scenografia i kostiumy oddają klimat tamtych czasów. Oprawa muzyczna jest wprost genialna. Ja kocham muzykę sprzed prawie połowy wieku, a odkopanie pewnych kawałków zrobiło mi po prostu dobrze. „Syreny” to jedna z tych komedii, które napawają mnie ogromną dawką pozytywnych uczuć. Niezależnie, czy oglądam je mając 8, czy niespełna 28 lat – zawsze to równie przyjemne uczucie. Cher, Ricci i Ryder (której przecież nie lubię) dały z siebie wszystko, a ich role są ponad czasowe.