Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Out of the Furnace

ONA:

Oglądanie filmów typu „Out of the Furnace” to dla mnie dramat i tragedia same w sobie. Nie znoszę takiego kina, ot – po prostu. Nie potrafię wczuć się w emocje bohaterów, a całość na ogół męczy mnie straszliwie. Prawie dwie godziny z ciężkim dramatem potrafią wprawić w tak podły nastrój, że nawet litrowe lody nie pomogą.  Ten film jest na wskroś smutny. Nie ma w nim ani nadziei, ani grama radości. Jest brutalnie, jest ciężko, ludzie są źli, a życie głównych bohaterów to notoryczne problemy. Wszystko zaczyna się od wypadku samochodowego, który spowodował Russell Baze (Christian Bale). Mężczyzna trafia do więzienia, ale na szczęście, jego karą nie jest dożywocie. Wychodzi i próbuje na nowo odnaleźć się w smutnej rzeczywistości małego, zapomnianego przez Boga i całą resztę miasteczka, położonego na tzw. Pasie Rdzy. Jakie możliwości rozwoju i perspektywy mają młodzi ludzie w takim miejscu? Nic więc dziwnego, że Russel i jego młodszy brat – Rodney (Casey Affleck) pragną nowego, lepszego życia. Starszy, po wyjściu zza krat, jest bardzo zdeterminowany, by poprawić swój los. Młodszy – wybiera nieco inną drogę. Związuje się z groźną organizacją, a jego życie jest w niebezpieczeństwie. Bije się za kasę – brutalnie, do krwi i niejednego uszczerbku na zdrowiu. A potem znika. Tragedia wisi w powietrzu.

Co by nie mówić o „Out od the Furnace” – film jest mistrzowsko nakręcony i zagrany. Zdjęcia i montaż budzą zachwyt, a malownicze, ale i smutne tła idealnie dopełniają klimat filmu. A obsada? No sorry – w jednym filmie zagrał Bale i młody Affleck, a do tego Woody Harrelson i Willem Dafoe w rolach drani. Gdzieś w tle pojawia się Forest Whitaker i Zoe Saldana i absolutnie nie można przyczepić się dramaturgi, którą wykreowali. Właściwie – jakby nieco podrasować historię, to nawet nie byłoby tak tragicznie, ale jest – bo film najnormalniej w świecie jest NUDNY! Dłuży się jak flaki w oleju, widz czeka na jakąś chociażby minimalną akcję, na jakiś nagły zwrot, na cokolwiek, a otrzymuje niekończącą się mamałygę, która jest mdła. To chyba jeden z tych filmów, który ma nas „poruszyć”, „wzruszyć”, „dać do myślenia”. Ja przez większość czasu zastanawiałam się kogo mi brodziaty, długowłosy Bale przypomina i już wiem – tego kolesia, który pociskał w sandałach po wodzie.

Moim zdaniem to pozycja tylko i wyłącznie dla fanów gatunku, którzy lubią katować się takim ciężarem. Ja już jestem znana z mojego „nędznego” gustu filmowego i stawiam bardziej na filmy typu „Bad Grandpa”, którym „leczyliśmy się” po dziele Scotta Coopera  (na blogu już jutro!), niż na taki ciężki kaliber. Chyba nie potrzebuję dodatkowego potwierdzenia na to, że świat jest zły, a ludzie to często potwory bez serc. Zdecydowanie wolę rżeć po łez w powodu pierdnięć.

ON:

Zastanawiam się jak można zrobić cholernie dobry film, który jednocześnie jest diabelnie słabym i potrafiącym zanudzić dziełem? Dodatkową łzą przepełniającą czarę goryczy jest naprawdę fenomenalna obsada, ale odgrywanym postaciom brak tego czegoś, co pozwala nam wczuć się w ich skórę. Możliwe, że problemem jest także poruszony wątek zatopionego w kryzysie amerykańskiego pasu rdzy. Brak pracy to dużo wolnego czasu, a zbyt dużo wolnego czasu, to narastające patologie. Tyle, że było to już wiele razy mielone, dlatego reżyser i scenarzysta Scott Cooper postanowił wrzucić do całości element filmu gangsterskiego oraz dramatu żołnierskiego. Tak oto dostajemy dwugodzinną dżdżownicę – „Out of the Furnace”, nudzącą niemiłosiernie, ale mającą jeden plus – fenomenalne zdjęcia.

Rust Belt – to północno-wschodnia część USA, skupia się tutaj ogromna cześć przemysłu ciężkiego. To miasta pokroju Detroit, ale i małe takie jak Lorain, czy Decatur. Od lat 80-tych wiele się zmieniło w tych rejonach, często spadek produkcji, a co za tym idzie i zatrudnienia, wynosił i 60% , dlatego ludzie zaczęli masowo opuszczać miasta, przenosząc się w inne rejony. Część z tych mieścin to zapomniane przez rząd i inwestorów metropolie, pełne duchów z zamierzchłych czasów. Stare fabryki oraz huty zostały zamknięte, co się dało sprzedać – sprzedano, a część z nieruchomości przeznaczono na inne cele, jak miało to miejsce w Bethlehem, gdzie stary budynek przeobrażono w największe w rejonie kasyno. Niestety, takich historii jest tak niewiele, że można policzyć je na palcach jednej ręki.

Cooper wraz z operatorem kamery opowiadają historię za pomocą obrazów. Tylko to ratuje „Out of the Furnace” przed wrzuceniem go do kosza pełnego dzieł jemu podobnych. Spokojnie możemy postawić go na półce pomiędzy „The Place Beyond the Pines” oraz „Promised Land”, tutaj obok tych dzieł będzie się czuł jak w domu. Szkoda, bowiem dzieło to miało potencjał, ale gdzieś został on zgubiony. Gdy zaczniemy się wciągać w opowieść o braciach Baze, nie będzie nam trudno odgadnąć jaki będzie jej finał. Gdy starszy z rodzeństwa Russell pracuje w pocie czoła w hucie, młodszy, będący na przepustce wojskowej, stara się na szybko zarobić trochę kasy. Robi to w najgłupszy możliwy sposób, czyli obstawiając wyścigi i zapożyczając się u lokalnego „bossa”. Zawsze jednak dochodzi do sytuacji, gdy Russ wyciąga brata z gówna i tak jest tym razem, kolejna pożyczka zostaje spłacona z pieniędzy zarobionych przy wytopie. Poza tym to starszy brat stwarza pozory normalności, to on spotyka się z jedną kobietą, którą kocha i chce z nią spędzić resztę swoich dni tyle, że już nie w tej dziurze, coś musi się zmienić, gdyż czas najwyższy wziąć los w swoje ręce. Niestety, bóg śmieje się z naszych planów. Wsadzony do więzienia za spowodowanie wypadku, gdy jechał pod wpływem alkoholu, traci 90% swojego dotychczasowego życia. Traci ukochaną, ojca, który umiera w czasie gdy on jest za kratkami, w końcu respekt, jakim darzył go młodszy brat Rodney. Gdy ten pozostaje „bez smyczy”, zaczyna jeszcze bardziej zatracać się w hazardzie, aż dochodzi do etapu nielegalnych walk na pieniądze.

Całość jakoś się ciągnie, opowieść płynie sobie swoim powolnym tempem i powoduje, że ziewamy. Wiemy, że nadejdzie jakiś przełom, ale przychodzi on za późno, bo w drugiej połowie filmu. Rozwiązanie także jest rozwleczone i czasem wydaje się wymuszone.

„Out of the Furnace” to film pięknych zdjęć, widoków, których wielu z nas nigdy nie przyjdzie nam oglądać. Kraina Pięciu Wielkich jezior to obszar malowniczy i jednocześnie uprzemysłowiony, tutaj jak nigdzie indziej możemy obejrzeć koegzystencję pomiędzy człowiekiem a naturą, tylko, że czasem człowiek zapomina, jak bardzo uzależniony jest od otaczającej go przyrody. Dzieło Coopera nie zachwyca w żaden inny sposób, jest przegadane, na siłę udramatyzowane i skazane na zapomnienie, jak podobne mu twory. Szkoda, bo mogło być naprawdę bardzo dobrze.