ONA:

Czwartek, 6:15 na zegarze i wrzask budzika, który zdziera ze mnie resztki snu. Boże, dlaczego, eh?! Dogorywując ledwo w łóżku liczyłam, że nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z czwartku zrobi się sobota albo chociaż niedziela, a tu uparcie – ciągle tak samo. Nie widziałam co jest najgorsze: to, że jest 6:16 i nawet mój pies chrapie, czy może to, że za oknem jest już patelnia, a mnie czeka wycieczka z moimi wróblami? No właśnie, wycieczka. Papi i 15 rozbójników. Najpierw muzeum, a potem kino. Standardowo – bajka. Po obejrzeniu w trybie „służbowym” takich dzieł jak „Księżniczka i żaba” czy „Zambezia” – nie łudzę się już zupełnie, a tego typu animacje zdecydowanie nie są moim ulubionym gatunkiem filmowym (z małymi wyjątkami, o których wiecie). Dziś będzie o tym, jak to potwory poszły na uniwerek.

Łatwo można odgadnąć, że nie widziałam „Potworów i spółka” (ale moi podopieczni pewnie bardzo niedługo „nadrobią” za mną tę stratę), dlatego też nie jestem w stanie zupełnie odnieść się do prequela. Za to wiem co widziałam i mniej więcej w połowie jęczałam z nudów. To bajka. To bajka dla dzieci. To bajka dla dzieci, podczas oglądania której dorosły marzy o zimnym drinku i „Die Hard”. A wszystko zaczyna się jakiś czas temu, kiedy rozwrzeszczona wycieczka małych potworów (nie, nie mam na myśli tych moich, a jeno tych filmowych) trafia do tajemniczego miejsca, w którym „dorosłe” potwory pobierają energię z nikogo innego, jak z małych dzieci. Ale nie robi tego byle kto, tylko dokładnie wyszkoleni i elitarni Straszacy. Bo straszenie to wcale nie taka prosta sprawa. Trzeba rozpracować dzieciaka, poznać jego największe obawy, stosować różne techniki i formy, a potem działać. Im więcej krzyku malucha, tym lepsze pobranie energii – coś w tym jest… Małe potwory jak zahipnotyzowane wpatrywały się w starszych profesjonalistów. Wśród grupy potwornych dzieci był i jednooki Mike Wazowski, który zawsze stał z tyłu, bo jest mały, niepozorny i ciągle o nim zapominano. Ale kiedy zobaczył Straszaków w akcji, zapragnął, że któregoś dnia on również zajmie tą zaszczytną funkcję. Już od potwornej podstawówki starał się jak mógł, by z czasem trafić na prestiżowy Uniwersytet Potworny, który jest furtką do jego wymarzonej fuchy. Mały groszek jest bardzo zdeterminowany, ale olewa jedną, ważną rzecz: co z tego, że jego wiedza jest ogromna, jak jest on bardziej śmieszny, niż straszny? I wtedy też poznaje kogoś, kto do roli Straszaka wydaje się być idealny, a jest tym kimś James Sullivan – wielki, włochaty koleś, który nie dość, że ma niezły skill, to pochodzi jeszcze ze straszakowego rodu. Słowem: totalne przeciwieństwo zielonego Wazowskiego. Oba potwory mimochodem zaczynają ze sobą konkurować, opierając się na typowo ludzkim scenariuszu pt. „Mięśniak vs. Kujon”. Kto wygra? Cóż, wydarzenia na uniwerku sprawiają, że i jeden, i drugi są już prawie jedną nogą wydaleni z uczelni, bo komu jak komu, ale pani dziekan nie należy podpadać. Mają tylko jedną szansę, żeby utrzymać się w szkole i nie tylko muszą zacząć ze sobą współpracować, ale jeszcze do tego „siedzą” im na głowie typowe, potworze „nerdy”.

„Uniwersytet Potworny” to nic innego jak historia o ambicji, pracy zespołowej i determinacji w dążeniu do celu. Dla dzieciaków – obraz świetny, który uczy ich tego, żeby się nie poddawać. Niestety, dla dorosłego i doświadczonego widza to jedna, wielka i nudząca bujda na resorach. Ja nie mówię, żeby popychać dzieciakom brutalną rzeczywistość i właściwie twórcy „Uniwersytetu” robią swoim bohaterom pod górkę, ale i tak jest happy end. Moje dzieciaki były zachwycone, ja się nudziłam. Dla dorosłego widza nie ma w tej bajce żadnego ujmującego punktu zaczepienia. Trochę to wszystko zbyt cukierkowo-naiwne.